WWWBoard New Message: Message 29: POCZEBUJYMY JYNZYKA
WWWBoard: Message 29
[ Follow Ups ] [ Post Followup ] [ ]
|
|
Posted by Joozef Kulisz on 12/22/01 at 10:28 AM
Subject: POCZEBUJYMY JYNZYKA
Message Posted
|
|
|
Nasze narzecze jest pociemniałe i twarde Jak drzewo, kt�re długo leżało pod wodą. W naszym narzeczu m�wimy niewyraźnie i Cicho, bowiem języki nasze są podcięte. Nasze narzecze rozumie Pan B�g, a także Śmierć - czujemy to wieczorami, przed zaśnięciem.Jan Goczoł Potrzebujemy języka !
Nasza mowa wymiera. Jak m�wi czasami prof. Miodek, „wycofuje się”. Można ją jeszcze usłyszeć na terenach wiejskich, zdala od centr�w kulturalnych, raczej od ludzi starszych wiekiem. Młodzi mieszkańcy miast, ludzie lepiej wykształceni, choć przeważnie jeszcze nieźle ją rozumieją, nie chcą się już nią posługiwać. Dla wielu ludzi nie znających mowy śląskiej z domu, gdzie używało się jej w spos�b naturalny, lub słabo ją pamiętających, m�wienie po śląsku oznacza po prostu m�wienie byle jaką „wsiową” lub slangową polszczyzną. Wielokrotnie spotkałem Polak�w, kt�rzy wyczuwając m�j śląski akcent, być może chcąc mi zrobić przyjemność, starali się m�wić do mnie, jak im się wydawało, po śląsku. W istocie m�wili byle jaką polszczyzną, wplatając w nią parę znanych z kabaret�w niemiecko brzmiących sł�w, całe mn�stwo polskich wyrażeń slangowych a także co nieco wulgaryzm�w. Walnie do rozpowszechnienia się tego przekonania przyczyniają się media, kt�re lansują kabaretowo - jarmarczny i prymitywny model śląskości. Także i my, Ślązacy wyrośli i wychowani w śląskich domach, w „atmosferze” śląskiej mowy, choć ją kochamy, też w jakiś spos�b mamy poczucie jej brzydoty i gorszości. Bez psychicznych barier potrafimy rozmawiać po śląsku z rodzeństwem, z rodzicami i krewnymi. Do nich „godało sie” od zawsze, przed nimi nie ma sensu się ukrywać. W kontaktach z nieznajomymi m�wienie „po naszymu” przychodzi nam z trudnością. Nie umiemy też rozmawiać po śląsku z ludźmi, przed kt�rymi czujemy respekt, z przełożonymi, ze starszymi, z nauczycielami. Pracując jako nauczyciel na uczelni wielokrotnie zaobserwowałem to zjawisko, pr�bując na zajęciach zagadywać gwarą do student�w, aby i ich sprowokować do tego samego. Często wychodził z tego bełkot. Widziałem, że oni, mimo że chcą m�wić po śląsku, jakoś nie potrafią. Zaczynają się jąkać, mieszają słowa polskie ze śląskimi a także z r�żnymi wyrażeniami slangowymi. Rozmawianie z kimś „po naszymu” trąci pewną poufałością, kt�ra kł�ci się z dystansem, jaki odczuwamy w stosunku do niekt�rych ludzi. Nie potrafimy w naszej mowie znaleźć form adekwatnych do wyrażania szacunku, jaki w naturalny spos�b z naszej strony pewnym osobom się należy. Nie umiemy m�wić w spos�b elegancki i uroczysty. Wielkim i smutnym szokiem było dla mnie odkrycie, że dwaj moi znajomi, rodowici Ślązacy, do swoich małych dzieci m�wią po polsku. Sami na co dzień m�wią gwarą, tak rozmawiają ze swoimi żonami, tak zwracają się do krewnych. Kiedy zapytałem dlaczego, usłyszałem, że to jakoś samo tak wyszło, że inaczej nie potrafią. M�wili to ze smutkiem, myślę więc, że nie ma w tym wyrachowania i konformizmu. Nasza mowa nie daje poczucia piękna. Podobnie jak my, m�wiąc do kogoś, komu chcemy okazać szacunek, podświadomie czujemy, że bardziej adekwatne będzie użycie języka literackiego, tak rodzice, chcąc swym dzieciom dać to, co najlepsze, podświadomie przechodzą na polski. Jesteśmy więc rozdarci, jak ta Judymowa sosna. Z jednej strony nasza mowa kojarzy się nam z tym, co bardzo osobiste i intymne, z naszym domem rodzinnym, ze swojskością, z bezpieczeństwem, z miłością. Chcemy więc ją zachować. Z drugiej strony czujemy, że jest ona gorsza, brzydsza, że brak w niej piękna. W naszym narzeczu m�wimy więc niewyraźnie i cicho bo języki nasze są podcięte ... To odczucie gorszości, bylejakości języka automatycznie przenosi się na ludzi się nim posługujących. Sami postrzegamy naszych pobratymc�w jako bardziej pospolitych, mniej godnych szacunku. Chłopcy godający po śląsku uważani są za mniej atrakcyjnych, dziewczyny za brzydsze. Ten stosunek dotyczy wreszcie samooceny człowieka. Sami siebie oceniamy jako mniej wartościowych. Wobec Polak�w m�wiących „poprawnie” po polsku odczuwamy kompleks niższości. Albo tłumiąc w sobie żal pr�bujemy się do nich dostosować, albo zazdroszcząc im separujemy się i okopujemy w naszej śląskości, razem z językiem odrzucając wyższą kulturę, piękno i intelekt. Wielokrotnie zastanawiałem się, dlaczego tak jest. Co jest źr�dłem upośledzenia naszej mowy. Niewątpliwie ogromne znaczenie mają tu przyzwyczajenia ludzi, nabyte podczas dziesięcioleci pieczołowitego niszczenia jej, rugowania ze szk�ł, medi�w i innych miejsc publicznych oraz przedstawiania jej jako mowy niewykształconych wieśniak�w i roboli, niegodnej człowieka kulturalnego. Ale czy przyczyna takiego stanu rzeczy jest tylko na zewnątrz? Dlaczego nasza mowa nie daje tego odczucia piękna, kt�re mamy słuchając np. poezji w dobrym wykonaniu, albo oglądając przedstawienie teatralne. Czy przyczyna po części nie tkwi w nas samych, ponieważ sami nie szanujemy naszej mowy m�wiąc chaotycznie i byle jak? Czasami można jeszcze usłyszeć starszych ludzi godających pięknie, aż serce rośnie i chce się ich słuchać i słuchać. Oni pamiętają język, jakiego używało się dawniej, kiedy jeszcze nie było telewizji a w niej „Nauki jazdy” i „Świętej wojny”. Jak niestety rzadkie jest to zjawisko! C�ż jest przyczyną takiego a nie innego odczucia estetycznego? Dlaczego jedne rzeczy odczuwamy jako piękne, a inne jako brzydkie? Czy są to tylko pewne przyzwyczajenia ludzi, moda, kt�ra się zmienia i każe nam raz lubić małe zielone samochody o kanciastych kształtach, a za dwa lata auta duże, bordowe i raczej zaokrąglone? To też. Ale czy jest pod tym całym blichtrem coś, co się nie zmienia co sezon, jakaś trwała i prawdziwa wartość? Myślę, że tak. Zapewne zaprotestuje teraz wiele postmodernistycznych autorytet�w, ale moim zdaniem warunkiem koniecznym (choć nie wystarczającym), żebyśmy mogli odczuwać coś jako piękne jest pewna staranność „wykonania”, wewnętrzna sp�jność i logika, harmonia i porządek. Dlatego wolimy rzeczy wykonane porządnie od tych zrobionych tandetnie. Dlatego lepiej czujemy się rozmawiając z kimś uczesanym i ubranym porządnie niż z kimś rozczochranym ubranym w zwisające spodnie z kt�rych wystaje pognieciona koszula. To powiązanie piękna z porządkiem było intuicyjnie odczuwane przez ludzi od dawna, myślę nawet, że dawniej było ono odczuwane znacznie wyraźniej niż obecnie. Dlatego Polacy słowo „ładny” wywiedli od słowa „ład”. Dlatego słowo „kosmetyki”, czyli upiększacze, pochodzi od greckiego słowa „kosmos” oznaczającego właśnie porządek, ład, kt�ry Grecy przeciwstawiali chaosowi, czyli nieporządkowi i zamieszaniu. Problem polega na tym, że nasza mowa tego podstawowego warunku nie spełnia. Nasza mowa nie jest uporządkowana. Nasza mowa jest chaosem a nie kosmosem i dlatego tak trudno jest nam m�wić porządnie i pięknie, dlatego często odczuwamy ją jako brzydszą i gorszą. I myślę, że wielu z nas uwierzyło już, że tak to ma być. Tak jak kiedyś polska szlachta wierzyła, że „Rzeczpospolita nierządem stoi”, tak my za resztą kraju pozwoliliśmy się przekonać, że istotą m�wienia po śląsku jest po prostu m�wienie byle jak po polsku. Oklaskujemy i wynosimy na szczyty popularności ludzi często prymitywnych, sprowadzających naszą mowę i tradycję do poziomu rynsztoka. To poczucie piękna języka, a raczej jego brak, oddziałuje i na nasze zewnętrze i na nasze wnętrze. W oddziaływaniu na zewnątrz język można by przyr�wnać do ubrania. Każdy z nas chce się ubierać starannie i ładnie. Nie mam tu na myśli gonienia za każdą nową modą. Mam na myśli to, co jest zdrowe, czyli unikanie niedbalstwa. Naturalne jest, że chcemy być schludni i ubierać się w czyste, wyprane rzeczy. Na specjalne okazje, np. wtedy gdy chcemy podkreślić uroczysty charakter jakiegoś wydarzenia, albo komuś okazać szacunek, ubieramy się szczeg�lnie elegancko. Uważalibyśmy za gruby nietakt, gdyby ktoś poszedł do ślubu w potarganych dżinsach. Podobnie nie wypada iść na sumę do kościoła w przepoconej podkoszulce, adidasach i szortach - nie idzie się przecież na spotkanie z byle kim, tylko z samym Panem Bogiem. Język pełni podobną funkcję „zewnętrzną”. Spotykając ludzi chcemy „ubierać się” w porządny, czysty i schludny język. Jeśli do naszego rozm�wcy m�wimy byle jak, manifestujemy w ten spos�b brak szacunku. Podobnie, jeśli ktoś m�wi do nas ładnie, postrzegamy go jako wartościowszego człowieka i sami też czujemy się dowartościowani, bo okazano nam szacunek. Ale język ma też funkcję wewnętrzną. Język jest nie tylko narzędziem do komunikowania się ludzi między sobą. Jest to też narzędzie do komunikowania się człowieka z samym sobą. Język jest w pewnym sensie „ubraniem” dla naszego intelektu, albo inaczej „narzędziem do myślenia”. Myślimy zawsze w jakimś języku. Nawet jeśli nie wszystkie myśli wypowiadamy na głos, zawsze formułujemy je za pomocą języka. Uważam więc, że kształt tego „ubrania”, albo sprawność „narzędzia” mają kolosalny wpływ na to, co myślimy i kim jesteśmy. Jak skarżą się czasami fizycy i filozofowie, wielu rzeczy nie potrafimy zrozumieć, bo w znanym nam języku brakuje odpowiednich sł�w i konstrukcji, żeby je wyrazić. Jeśli nasz język jest nieuporządkowany i byle jaki, całe nasze myślenie jest byle jakie. Jeśli nasz rozum jest byle jaki, całe nasze życie jest byle jakie. Jeżeli sam do siebie m�wię byle jak, to znaczy, że sam sobie nie okazuję szacunku i sam siebie uważam za mniej wartościowego. Często wydaje mi się, że wielu z nas z tej bylejakości uczyniło swoją życiową filozofię. Jest to rodzaj jakiegoś samob�jstwa duchowego. I powstaje w naszej psychice głębokie pęknięcie, bo przecież z drugiej strony cenimy sobie ład i porządek. Płk. Ignacy Kowalczewski, oficer z polskiego garnizonu stacjonującego przed wojną w Tarnowskich G�rach, napisał w swoim pamiętniku: „Niewątpliwie g�rujemy nad Ślązakami kulturą społeczną i towarzyską, a szczeg�lnie najdoskonalszym narzędziem ludzkim - mową poprawną. Choć wielu z nich stoi od nas na pewno znacznie wyżej pod względem intelektualnym, czy też możliwości materialnych ...” Czy czasem tu nie tkwi źr�dło naszego upośledzenia w życiu społecznym, naszego wiecznego kompleksu niższości, kt�ry każe nam dystansować się od kultury i edukacji, kt�ry powstrzymuje nas przed podejmowaniem życiowych i cywilizacyjnych wyzwań i sprawia, że na wolnym rynku idei i d�br znowu jakby zaczynamy pozostawać w tyle, choć podobno jesteśmy pracowitsi, bardziej zdyscyplinowani i wytrwali? Czy nie jest to jedna z przyczyn tego, że lud por�wnywalnie liczny jak niejeden europejski nar�d nie potrafi wydać z siebie dość ludzi światłych, wreszcie pochodzących stąd, kt�rzy potrafiliby wyprowadzić region z zapaści? Czy to, że ciągle przegrywamy z przyjezdnymi ze Wschodu i z Zachodu nie wynika z tego, że oni mają nad nami tę kolosalną przewagę w postaci najdoskonalszego narzędzia ludzkiego - mowy poprawnej ? Nie samym chlebem człowiek żyje. Człowiek potrzebuje piękna. Pan B�g stworzył nas na swoje podobieństwo i wpisał w nasze serca tęsknotę do piękna razem z pragnieniem dobra. Potrzebujemy piękna tak samo, a może nawet bardziej, niż jedzenia i powietrza. Tylko że o ile zawsze ceniliśmy dobroć, to nasza ascetyczna mentalność kazała nam się do piękna odnosić z rezerwą. Traktowaliśmy je zawsze nieco podejrzliwie, myląc je z blichtrem i przemijającą modą, uważając je za zastrzeżony dla możnych tego świata zbytek i fanaberię a nawet za grzech. Rzadko też go szukaliśmy. Obawiam się, że nie potrafię nawet w naszej godce znaleźć słowa odpowiedniego do nazwania tego pojęcia! A natury ludzkiej oszukać się nie da. Od pewnego czasu zastanawia mnie pewien fenomen. Śląsk zawsze słynął z zamiłowania do muzyki. Podobno mamy obecnie na Śląsku najprężniejsze środowisko muzyczne w Polsce a śląscy kompozytorzy znani są na świecie. Księża z kolei chwalą śpiew wiernych w kościele, kt�ry podobno ciągle jeszcze wyraźnie odr�żnia nas od reszty kraju. Czy nie ma tu kontrastu w stosunku do ub�stwa naszego regionu w dziedzinie sztuk związanych ze słowem, tj. literatury i teatru? Czy nie jest tak, że wobec braku języka, kt�ry byłby nasz i jednocześnie byłby wystarczająco szlachetnym i doskonałym tworzywem dla tw�rczości artystycznej, nasza tęsknota za pięknem wyraża się w muzyce, kt�ra podobno jest „językiem międzynarodowym”? Czy nie jest to świadectwo jakiegoś okaleczenia? Bo muzyka jest językiem serca a nie umysłu i normalnego języka zastąpić nie może. Jeśli więc chcemy przetrwać, jeśli chcemy się normalnie rozwijać, potrzebujemy języka. Potrzebujemy języka, kt�ry byłby nasz, tj. dawał nam poczucie swojskości, i jednocześnie dawał nam poczucie piękna. Warunkiem koniecznym przywr�cenia naszej mowie piękna jest jej uporządkowanie. Dziwię się, że Ślązacy, podobno mający przywiązanie do porządku „zakodowane w genach”, nie zdobyli się do tej pory na to, żeby uporządkować swoją mowę! Środkiem do uporządkowania naszej mowy jest język pisany. Dlaczego język pisany? Po pierwsze dlatego, że porządkując naszą mowę musimy się jej niejako na nowo nauczyć. Forma pisana jest mniej ulotna niż m�wiona. Znacznie łatwiej jest rozpowszechniać teksty pisane niż nagrania dźwiękowe. Znacznie łatwiej jest się z nich uczyć. Po drugie, język pisany, jako bardziej trwały i łatwiejszy do udokumentowania od m�wionego, wymusza większą staranność. Pisanie po śląsku zmusi nas do używania naszej mowy z większym szacunkiem, namysłem i w spos�b bardziej świadomy. Wielokrotnie słyszałem opinie, że nie jest nam potrzebny standard języka pisanego. Można przecież zapisywać teksty „fonetycznie”, używając reguł ortograficznych języka polskiego, do kt�rych przywykliśmy. Tymczasem każdy człowiek m�wi trochę inaczej, a słyszy jeszcze inaczej. Jeśli każdy będzie zapisywał słowa tak, jak je słyszy i jak mu się wydaje, że jest dobrze, powstanie z tego tylko zamieszanie. Właśnie z taką sytuacją mamy do czynienia w tej chwili. Ostatnio przecież nawet dość sporo pisze się po śląsku a także w innych gwarach. I okazuje się, że tzw. pisownia „fonetyczna” jest w rzeczywistości tylko pewną gwarową stylizacją standardowej polszczyzny, w dalece niedoskonały spos�b odzwierciedlającą fonetykę mowy, kt�ra jest zapisywana. Ktoś, kto nie zna gwary z domu, nie jest w stanie takiego tekstu dobrze przeczytać. Z tego powodu wspaniałą książkę kś. Tischnera „Historia filozofii po g�ralsku” trzeba było uzupełnić kilkoma kasetami magnetofonowymi z nagraną mową prawdziwych Podhalan! Na dodatek, czego zresztą można się było spodziewać, każdy autor zapisuje „fonetycznie” język inaczej. Zdarza się, że w tekstach tego samego autora to samo słowo zapisywane jest na kilka sposob�w. To potęguje odczucie chaosu i niedoskonałości naszej mowy. To bardzo utrudnia odbi�r tekst�w, bo człowiek czyta oczami a nie uszami! Jeśli nie ma przejrzystych reguł ortograficznych i gramatrycznych, jeśli nie ma ustalonego sposobu zapisywania poszczeg�lnych sł�w, jeśli każdy robi to inaczej, to czytając taki tekst musimy sobie każde słowo niejako powt�rzyć w myślach, żeby je zrozumieć. To sprawia, że czytanie jest czasochłonne i męczące. W taki spos�b czytają tylko dzieci uczące się czytać. Dorosły człowiek czyta oczami, bez powtarzania sł�w w pamięci kojarząc do razu ciąg znak�w z jego znaczeniem. Postęp cywilizacyjny wymusza na nas konieczność szybkiego „przetwarzania” coraz większych ilości informacji tekstowej. Ostatnio modne stało się nawet tzw. szybkie czytanie. Ludzie są skłonni drogo płacić za naukę tej umiejętności, organizuje się zawody, a najlepsi są podobno w stanie przeczytać kilkusetstronicową książkę w p�ł godziny. Jeśli nie dopracujemy się powszechnie zaakceptowanego standardu, wtedy pisany śląski nigdy nie stanie się sprawnym narzędziem porozumiewania się ludzi między sobą. Język pisany w pewnym stopniu “żyje” niezależnie od języka m�wionego. Mądrze przemyślany i nie uzależniony sztywno od wymowy standard języka pisanego stwarza przy tym szansę na to, że będziemy mieli jedno śląskie pismo a mieszkańcy poszczeg�lnych części naszej małej ojczyzny będą mogli zachować specyficzne cechy swoich gwar, kt�re, jak wiadomo, r�żnią się od siebie. Nie oszukujmy się, że we wsp�łczesnym zglobalizowanym świecie, pod ogromnym naciskiem medi�w, nasza mowa przetrwa długo jako gwara. W tej chwili wydaje się, że obserwujemy jej „rewitalizację”, wydawane są r�żne książki po śląsku, organizuje się konkursy gwary itp. Jednocześnie z „rewitalizacją” obserwujemy jednak tendencję do zamykania naszej mowy w swoistym cepeliowym rezerwacie albo muzeum osobliwości. Słyszałem jakiś czas temu wypowiedź prof. Miodka, kt�ry stwierdził, że bardzo nie lubi, gdy do konkursu „Po naszymu, po śląsku” zgłaszają się ludzie m�wiący gwarą z naleciałościami inteligenckimi, tj. wtrącającymi do swoich wypowiedzi wymawiane po śląsku słowa zapożyczone z polskiego a oznaczające r�żne pojęcia abstrakcyjne. Prof. Miodek stwierdził, że to nie jest autentyczna gwara i że on jako juror takich kandydat�w natychmiast odrzuca. W takim stwierdzeniu zawarte jest przekonanie, że po pierwsze gwara jest językiem zarezerwowanym tylko dla ludzi niewykształconych, po drugie, że gwara musi być językiem już zamkniętym, tj. że nie może ona rozwijać się, przyjmować nowych sł�w i rozszerzać swojego zakresu zastosowania. Oznacza to w istocie jej zamknięcie w rezerwacie hasioka, familoka i nudelkuli. W miarę, jak Ślązacy posługujący się swoją mową będą się coraz lepiej kształcić i wzbogacać swoje słownictwo, w miarę jak zmieniające się warunki życia spowodują odchodzenie w przeszłość starych sprzęt�w, zawod�w, czynności i sposob�w życia, coraz mniej ludzi będzie w stanie spełnić tak zdefiniowane kryterium autentyczności gwary - stanie się więc ona językiem martwym. O ile kiedyś naszej mowie szykowano „śmierć gwałtowną” poprzez szykanowanie ludzi się nią posługujących, to takie podejście nazwałbym zab�jstwem z podaniem środk�w znieczulających, czyli eutanazją. Nie chcemy rezerwatu! Chcemy, aby nasza mowa żyła, chcemy jej używać na co dzień w r�żnych sytuacjach i okolicznościach! I nie zmieni tej sytuacji napisanie stu nowych słownik�w gwarowych. Pisanie kolejnego słownika gwarowego tym r�żni się od pracy nad uporządkowaniem języka, że jest tylko biernym dokumentowaniem istniejącego stanu rzeczy, np. po to, żeby ocalić od całkowitego zapomnienia to, co zanika. Jest to zbieranie eksponat�w do muzeum, po to, żeby za jakiś czas nowoczesny człowiek m�gł sobie w tym muzeum pooglądać r�żne dziwaczne sprzęty, kt�rych już się dawno nie używa. Praca nad językiem zakłada natomiast dążenie do jego wydoskonalenia po to, żeby go używać i żeby ludzie mogli sprawniej się swoją mową posługiwać w zmieniającej się rzeczywistości. I to jest właśnie moim zdaniem najistotniejsza r�żnica między językiem a gwarą. Nie ma tu znaczenia to, czy eksperci uznają, że nasza mowa wystarczająco r�żni się od polskiego, żeby ją nazwać językiem. Nie ma sensu się o to kł�cić. Jeśli nasza mowa zostanie nazwana dialektem, m�wmy o skodyfikowanym dialekcie, jeśli nazwą ją gwarą, m�wmy o literackiej formie gwary. Istotne jest to, czy zdobędziemy się na pracę nad jej uporządkowaniem i wydoskonaleniem. Aby przeciwstawić się negatywnym stereotypom i przywr�cić naszej mowie piękno, sami musimy się nauczyć pięknie jej używać. Potrzebujemy ludzi, kt�rzy pokażą nam na nowo, jak to zrobić, jak można się naszą mową posługiwać pięknie, ozdobnie i elegancko. Potrzebujemy więc literatury: wierszy, pieśni, poemat�w, powieści, na kt�rych będziemy mogli się wzorować. Uporządkowana, logiczna struktura języka jest czymś w rodzaju rusztowania albo szkieletu, w oparciu o kt�ry może powstać piękny utw�r. Utalentowanych pisarzy i poet�w nie można zaplanować i „wyprodukować”. O to możemy się tylko modlić. Można natomiast zrobić ten pierwszy krok i dać im „narzędzie” w postaci szlachetniejszej formy języka. Możemy też stworzyć atmosferę sprzyjającą rozwojowi potencjalnych talent�w. Nie oszukujmy się też, że nie będzie nas to nic kosztowało. Opracowanie standardu będzie wymagało od nas wielkiej pracy. Przy pracy tej nieocenioną pomocą mogą wprawdzie być chcący pisać po naszymu entuzjaści amatorzy, ale decydującą jej część powierzyć trzeba dysponującym odpowiednią wiedzą specjalistom. Tych specjalist�w musimy znaleźć, musimy im stworzyć odpowiednie zaplecze i warunki. Musimy też zdobyć się na pewien kompromis, bez kt�rego nie da się stworzyć jednego standardu wsp�lnego dla wszystkich. Ten kompromis nie może jednak polegać na tym, że większość przegłosuje mniejszość, ale na poszukiwaniu form piękniejszych, bardziej uporządkowanych i logiczniejszych. Naszej mowy wszyscy będziemy musieli się niejako na nowo nauczyć. Jednak Śląsk jakiego chcemy, Śląsk wierny tradycji, ale kreatywny i tw�rczo wychodzący naprzeciw nowym wyzwaniom nie spadnie nam z nieba za darmo. Ten Śląsk będzie wymagał wysiłku, także intelektualnego. Ale inny Śląsk nie jest możliwy. Śląsk byle jaki, głupawy i dziadowski zaprzeczyłby swoim korzeniom. Na wysiłek uporządkowania języka zdobyło się wiele mniejszych społeczności europejskich, takich jak Katalończycy, Baskowie, Walijczycy a także bliscy nam geograficznie i etnicznie Kaszubi. Uważam, że nie jest to zadanie, jakie przekraczałoby i nasze możliwości. Przez lata prześladowań nauczyliśmy się, że sposobem na zachowanie naszej tożsamości jest trwanie przy tradycji naszych przodk�w. Wydaje mi się, że uparte trzymanie się starych zwyczaj�w i sposob�w życia stało się nawet pewnym wyznacznikiem śląskości. Niestety, w zmieniającym się coraz szybciej świecie ta tradycja staje się dla nas coraz bardziej więzieniem. Bierne powielanie starych schemat�w może zar�wno jednostki, jak i całe społeczności doprowadzić do katastrofy. Opracowanie języka pisanego, kt�rego opanowanie będzie wymagało intelektualnej aktywności, może nam pom�c wydobyć się z zaklętego kręgu starych sposob�w życia. Może ono mieć kolosalne znaczenie dla przemiany naszej mentalności. Bycie Ślązakiem nie będzie już polegało na biernym poddaniu się starym wzorcom. Bycie Ślązakiem będzie wymagało aktywności woli i umysłu. Być może dzięki temu otworzy się dla nas ścieżka, kt�rą podążając będziemy mogli się rozwijać nie zaprzeczając swej tożsamości. Myślę, że powstanie języka mogłoby wyzwolić wielki niewykorzystany potencjał, kt�ry, jak uważam, wciąż drzemie ukryty w wielu wspaniałych ludziach, kt�rych na Śląsku jeszcze sporo zostało. Nowoczesny język powinien stać się podstawą naszej tożsamości. Paradoksalnie podstawa taka, jako byt niematerilany, może w zmieniającym się świecie okazać się trwalsza niż wszystkie wartości i zwyczaje związane z kulturą przemysłową, na kt�re tak chętnie się powołujemy. Przy tym w przeciwieństwie do takich cn�t jak pracowitość czy uczciwość, kt�re mają charakter uniwersalny, język jest wartością unikalnie nasza, pozwoli więc on nam wyr�żnić się spośr�d og�łu. Obawiam się, że jeśli na wysiłek uporządkowania języka się nie zdobędziemy, nasza mowa skazana jest na wymarcie. Jeśli chcemy sobie zaoszczędzić problem�w i cierpienia, powinniśmy jak najszybciej o niej zapomnieć i przejść na standardowy polski. Tylko czy Śląsk będzie wtedy jeszcze Śląskiem, czy Ślązacy będą Ślązakami. Czy nie będzie tak, że pozostanie po nas tylko nazwa geograficzna i rezerwat - parę starych stroj�w w muzeum, no i może jeszcze „krupniaki” w karczmie piwnej na „barborkę”? Myślę, że tak naprawdę wszyscy i ci, kt�rzy jeszcze pr�bują walczyć, i ci, kt�rzy już stracili nadzieję, instynktownie czujemy, że to byłby koniec. Gdzieś głęboko w naszych sercach wiemy, że nasza mowa jest dla nas czymś bardzo ważnym. Czujemy więź z tym godaniem, kt�re kojarzy się nam z domem, z rodziną, ze wszystkim co swojskie, z godaniem, kt�re jest tak bardzo nasze, jak to tylko jest możliwe. I wszystkich nas boli, że ta mowa zanika, „wycofuje się”. Niekt�rzy z nas ten b�l pr�bują tłamsić w sobie, inni otwarcie manifestują bunt. I wychodzi ten żal z nas w r�żnych sytuacjach i przemienia się w agresję, w pretensje do siebie nawzajem, do sąsiad�w, do świata, do historii, kt�ra zmiata z powierzchni ziemi to, co dla nas drogie. Myślę, że jeśli nasza tożsamość, nasz język byłyby należycie zabezpieczone, te żale i pretensje uległyby wyciszeniu. I właśnie ta nasza tęsknota za byciem sobą, nasze dążenie do tego, żeby trwać, jest wystarczającą motywacją, żeby się tego zadania podjąć. Nie potrzebujemy uzasadnienia ekonomicznego, historycznego, nie musimy m�wić o narodzie ani o niepodległości, nie ma w tym żadnej polityki. Wystarczy, że tego mocno chcemy i że nie ma w tym nic złego. No bo c�ż może być złego w tym, że chcemy m�wić i pisać pięknie po naszymu. Czy to może szkodzić Rzeczypospolitej, czy to może zagrażać Polakom, Europie, światu? Komuż pr�cz samego diabła może szkodzić dążenie do piękna, porządku i harmonii? Istnienie pośr�d og�łu społeczności o własnej, r�żnej od przyjętej przez większość tradycji, kulturze, o innym języku jest jakby oglądaniem świata z innego punktu widzenia. Dopiero jako społeczność wieloetniczna możemy postrzegać rzeczywistość w całym jej bogactwie i we wszystkich wymiarach. Prawdziwym niebezpieczeństwem dla Polski jest płytka mono-kultura, kt�ra, jak pokazuje doświadczenie, w kr�tkim czasie prowadzi do pustyni. Naszej zakorzenionej w tej ziemi od p�łtorej tysiąclecia etniczności nie zastąpi importowanie z Afryki kilku Murzyn�w, nawet jeśli ci Murzyni strzelają gole w każdym meczu.
|
|
|