WWWBoard New Message: Message 2: Kaszuby, Tatary, Uymki - my sie tyrz niydoomy
WWWBoard: Message 2
[ Follow Ups ] [ Post Followup ] [ ]
|
|
Posted by Tadzik on 12/26/00 at 9:22 AM
Subject: Kaszuby, Tatary, Uymki - my sie tyrz niydoomy
Message Posted
|
|
|
Dziynkuja za ciekawe artykoouy nadesuane przez Joozka Kulisza - dziynkujymy joozek, Tadzik. Królewô Kaszëb witô
Andrzej Talaga Po drugiej wojnie światowej w Polsce zachowało się niewiele mniejszości narodowych. Po upadku komunizmu większość z nich może liczyć na wsparcie swoich niepodległych państw graniczących z naszym krajem. W przypadku Niemców jest to pomoc znaczna, w przypadku Czechów — niewielka, dla Ukraińców i Białorusinów — niemal żadna. Żyją jednak na naszej ziemi trzy grupy etniczne, które nie mają szans na żadne wsparcie ze strony pobratymców. Ludy te, jako niezbyt liczne, nie potrafiły bowiem stworzyć własnych organizacji państwowych, a historia raczej ich nie oszczędzała. Kaszubi, Łemkowie i Tatarzy nie załamują jednak rąk. Korzystając z wolności, odbudowują krok po kroku swą tożsamość i próbują nie dopuścić do rozpłynięcia się w polskim morzu. Ich szanse na zachowanie tożsamości rosną, choć nadal wisi nad nimi groźba wynarodowienia Nic tak nie wypromowało kaszubszczyzny, jak wprowadzony przez Sejm zakaz sprzedaży tabaki. Na Kaszubów ten bezmyślny przepis, wysmażony przez nie znających lokalnych realiów polityków z Warszawy, podziałał jak płachta na byka. Tak jak nie sposób wyobrazić sobie Francuza bez wina, tak i Kaszuba bez tabaki jest tylko swoją karykaturą. — Teraz przydałby się zakaz używania naszego języka, dopiero nastąpiłoby jego odrodzenie — rozmarzają się działacze kaszubscy. W wolnej Polsce Kaszubi odetchnęli pełną piersią: mają własny program telewizyjny i radiowy, wydawnictwa, a nawet prasę, pojawiły się pierwsze dwujęzyczne nazwy miejscowości. Ci potomkowie dawnych Pomorzan nie wstydzą się już swojego języka, uważanego w czasach PRL jedynie za jeden z polskich dialektów. Poczuli się prawdziwymi gospodarzami ziemi, na której żyją. Nawet napływowa ludność polska z dużą sympatią patrzy na odradzanie się kaszubszczyzny. W lipcu tego roku do sanktuarium Matki Bożej Królowej Kaszub w Sianowie przyjechało 20 tysięcy pielgrzymów. Nad tłumem powiewały czarno–żółte flagi, a gości witał napis w języku kaszubskim. Było to największe zgromadzenie Kaszubów w historii powojennej Polski — wyraz dumy z przynależności do tego ludu oraz podsumowanie dotychczasowych wysiłków garstki zapaleńców, którzy postanowili powstrzymać degradację kaszubszczyzny i odnieśli sukces.
Od Odry do Wisły Kaszuby rozciągały się niegdyś od Wisły do Odry, czyli obejmowały całe dzisiejsze polskie Pomorze. Na ziemiach tych mówiono dialektami słowiańskimi rozwijającymi się niezależnie od dialektów polskich, z których wyłonił się nasz język literacki. Na zachodzie Pomorzanie ulegli germanizacji, choć jeszcze do XVII wieku w Szczecinie rządziła dynastia słowiańska, lecz już całkowicie zniemczona. Pomorskie (kaszubskie) dialekty przetrwały natomiast na wschodzie. Przed drugą wojną światową były dominującym językiem wszystkich części Kaszub: niemieckiej, polskiej i tej wchodzącej w skład Wolnego Miasta Gdańska. Właśnie wojna oraz powojenne migracje najbardziej zmieniły oblicze Kaszub. Zniknęli żyjący w okolicach Słupska Kaszubi zachodni, zwani niekiedy Słowińcami. Albo uciekli przed Rosjanami, albo zostali deportowani z Polski jako Niemcy; w efekcie zniemczyli się na wygnaniu. Władza komunistyczna była bardzo niechętna językowi kaszubskiemu i rugowała go ze szkół i życia publicznego. Podczas gdy zachodni naukowcy zawsze uważali kaszubski za język, w PRL uchodził on tylko za dialekt polskiego. Pisali tak wówczas nawet badacze, którzy dziś uznają kaszubski za odrębny język. W Polsce w zwartym osadnictwie żyje obecnie około pół miliona Kaszubów, mową ojczystą włada połowa. Najwięcej mieszka w Trójmieście, choć tutaj roztapiają się w polskim otoczeniu i nie używają własnej mowy poza kręgiem rodzinnym. Mowa je podstawą Kaszubi porozumiewali się w swoim języku głównie w domu, uważając go za mowę niestosowną do poważniejszych spraw. W telewizji, urzędach, radiu, prasie i kościele królował niepodzielnie polski. Bariera wstydu oraz niestosowności została przełamana przez media. Już w 1989 roku Gazeta Kartuska zaczęła zamieszczać pierwsze teksty po kaszubsku, potem pojawiło się pismo Tatczëzna (Ojcowizna), wydawane również w Kartuzach, ale rozchodzące się na całych Kaszubach. Powstał także regionalny program radiowy Na bôtach i w bňrach (Na kutrach i w lasach). W nakładzie 100 tysięcy egzemplarzy ukazuje się Norda. Pismiono Kaszëbsczi Zemi (Norda. Pismo Ziemi Kaszubskiej) jako dodatek Dziennika Bałtyckiego. Dokładnie dziesięć lat temu, w lipcu, regionalna telewizja w Gdańsku uruchomiła kaszubski program Rodnô Zemia (Ziemia Ojczysta), prowadzony przez nieżyjącą już Izabelę Trojanowską. Występowali w nim studenci, którzy bez kompleksów mówili w swoim ojczystym języku i zmuszali rozmówców do tego samego. — To był prawdziwy szok, kiedy ludzie usłyszeli kaszubski w telewizji — mówi Eugeniusz Pryszkowski (właściwie: Eugeniusz Prëczkňwsczi), obecny redaktor programu Rodno Zemia, związany z nim od początku. — Ta mowa, używana do tej pory tylko w rodzinie i na prywatnych spotkaniach, stała się publiczna. Kaszubi nie mieli już się czego wstydzić: przecież nawet w telewizji tak mówią! Telewidzowie stali się od tej pory „teleňbzérnikami", a kaszubski zagościł na dobre na festynach, zjazdach, spotkaniach, słychać go podczas przemówień polityków, a nawet w kościele. Paradoksalnie, archaiczną mowę Pomorza uratowano w dużej mierze dzięki telewizji, oskarżanej — wszak nie bez podstaw — o unifikowanie wszystkiego, co się da. Kaszëbskô szkoła Do 1990 roku nie było w ogóle szkół kaszubskich i nie uczono języka. Przekazywano go jedynie z pokolenia na pokolenie, dlatego też wielu Kaszubów, choć nim mówi, nie potrafi w nim pisać. Jednym z prekursorów nauki po kaszubsku był Witold Bobrowski, który osiem lat temu założył społeczną podstawową szkołę etniczną w miejscowości Głodnica (Głodnjica) koło Wejherowa. Placówka ta, niestety, już nie istnieje — zmiótł ją niż demograficzny. Działa za to 20 innych szkół, w których naucza się kaszubskiego, choć na przykład matematyka odbywa się po polsku. Nauka języka napotyka bardzo poważną przeszkodę — brakuje nauczycieli. Dotychczas nie kształcono przecież kaszubistów. Dzieci i młodzież są więc skazane na polonistów, którzy w ramach własnych zainteresowań zajęli się kaszubskim i kulturą regionu. Edukacja nauczycieli kaszubistów stała się sprawą palącą, dlatego działacze społeczni oraz część kadry naukowej Uniwersytetu Gdańskiego zaproponowali stworzenie na tej uczelni kaszubistyki albo w ramach polonistyki, albo jako studium międzywydziałowe. Pomysł ten gorąco popiera rektor UG Marcin Pliski, Kaszuba z Łebcza koło Pucka. — Czej jem sztërë lata temů zaczął tuwň ůrzădowac, zwrócył jem ůwôgă na to, że na naszim ůniwersytece je pňtrzébnô institut abň zakład nôůkňwi, chtëren béłbë czësto związóny z badaniama kaszëbiznë. Mómë ledzy, chtërny zajimają să naszą historią, jăzëkă. To jednakň je wszëtkň rozproszoné, a pňwinno bëc w jednym placu* — mówił rektor w wywiadzie dla Nordy. Uniwersyteckie Centrum Edukacji Kaszubskiej może nawet zacząć działać w przyszłym roku. Zrzeszenie Kaszubsko–Pomorskie, skupiające działaczy kaszubskich, jest bardziej sceptyczne i odsuwa datę otwarcia placówki na dalszą przyszłość. Uniwersytet prowadzi już lektorat języka kaszubskiego na polonistyce, lecz chociaż wielu studentów pierwszego roku chce uczestniczyć w zajęciach, potem się wykruszają. Nie mają czasu na zgłębianie mowy ojców. Dlatego też władze uczelniane obawiają się, że osobny zakład czy ośrodek także nie będzie się cieszył powodzeniem. Pewnym wyjściem z sytuacji jest wprowadzenie studiów podyplomowych. Absolwenci mieliby wówczas dwa zawody: nauczyciela kaszubskiego i jeszcze jeden — wyuczony wcześniej. Gmina wita — dwujęzycznie „Lëńsko gmina witô" — można przeczytać, wjeżdżając do gminy Linia w powiecie wejherowskim. Już trzy lata temu Mirosław Szalewski, wójt gminy Samonimo, wprowadził w leżących na jej terenie Ostrzycach dwujęzyczne nazwy ulic. Dziś kaszubskie napisy zobaczyć można także w Mojuszu i Jastarni. Wójt ma ambitne plany i zapowiada: — Ustawię napisy kaszubskie w całej gminie. Będzie po naszemu przy każdym wjeździe. Kaszubskie nazwy noszą już niektóre restauracje, zajazdy, pensjonaty. W tym wypadku o nazewnictwie decyduje wola właściciela; natomiast żeby wprowadzić dwujęzyczne napisy w miastach i gminach, muszą zgodzić się samorządy. Kaszubski pojawił się nawet w kościele. Wprawdzie nie odprawia się całej mszy w tym języku, a tylko niektóre elementy liturgii. Są to przede wszystkim pieśni, kazania, czytania i modlitwy. Ta „msza kaszubska" — jak się ją nazywa — z początku spotkała się nawet z nieprzychylnym przyjęciem wiernych. Kaszubski wydawał się zbyt trywialny dla celów religijnych — takie stanowisko utrzymuje się również wśród części duchowieństwa. O ile metropolita gdański arcybiskup Tadeusz Gocłowski (nie–Kaszuba) popiera wprowadzanie elementów kaszubskich do mszy, to biskup pelpliński Jan Bernard Szlaga (Kaszuba) jest temu przeciwny. Jednak kaszubska liturgia staje się coraz popularniejsza. W 1990 roku odprawiano ją tylko w jednym kościele w Gdańsku, dziś już w 20 świątyniach na całych Kaszubach. Czarno–żółte Kaszëbë Jeszcze w 1992 roku na jarmarku kaszubskim w Kartuzach zrywano żółto–czarne flagi, obecnie nikogo już one nie rażą. Podobnie jak pojawiający się podczas oficjalnych imprez herb Kaszub — czarny gryf w koronie na żółtym tle. Niekiedy takiego gryfa można zobaczyć na samochodach, obok rejestracji, z dopiskiem: „Kaszëbë". Nie jest to jednak wyraz tendencji separatystycznych, jak zastrzegają się Kaszubi, ale dumy z przynależności etnicznej. Najsilniejszą organizacją Kaszubów jest działające jeszcze od lat 50. Zrzeszenie Kaszubsko–Pomorskie, które do 1989 roku nie miało większych wpływów, a wydawane przez nie pismo Pomerania rozchodziło się jedynie w wąskich kręgach. Dopiero przełom demokratyczny w Polsce radykalnie zmienił sytuację organizacji. Dziś liczy ona dziesiątki oddziałów, rekomenduje kandydatów do parlamentu, organizuje kaszubskie zjazdy i trudno już wyobrazić sobie Kaszuby bez zrzeszenia. Kaszuby nie są i nie były nawet w przeszłości obszarem historyczno–geograficznym ani jednostką administracyjną. Gdyby zapytać, gdzie właściwie leżą, trzeba by odpowiedzieć: tam, gdzie mieszkają Kaszubi. Ich symbole nie są więc wyrazem tożsamości terytorialnej, lecz wyłącznie etnicznej. Sami Kaszubi dzielą swój kraj na trzy umowne części: Nordę — na północy, Westrzódk — pośrodku kraju i Pôłnie — na południu. Podczas ostatniego, II zjazdu Kaszubów w Helu, Pôłnie i Westrzódk pojechały do Nordy, rok wcześniej było odwrotnie. Dopiero w wolnej Polsce wszystkie ziemie kaszubskie zostały połączone w jednym organizmie terytorialnym, a mianowicie: w województwie pomorskim, tylko powiaty leżące na zachodnim brzegu Wisły i na południu województwa nie są kaszubskie. Działacze chcieliby przeforsować zmianę nazwy województwa na „kaszubsko– pomorskie", by tym samym podkreślić jego specyfikę. Na razie nie zanosi się na to, ale Kaszubi nie tracą nadziei. Gminy zamieszkane przez Kaszubów, szczególnie te wokół Trójmiasta, nieźle sobie radzą gospodarczo. Kaszuby mają jednak też swój Dziki Zachód, czyli powiaty: słupski, lęborski i bytowski, należące przed wojną do Niemiec, które odziedziczyły po PRL upadłe pegeery i teraz borykają się z dużym bezrobociem oraz zapaścią ekonomiczną. Przedsiębiorczy Kaszubi z powiatu wejherowskiego i kartuskiego zaczęli tam inwestować, a nawet się osiedlać. Proces ten wspiera Kaszubska Izba Gospodarcza. Za pieniędzmi idzie ożywienie narodowe. Jeśli tak będzie dalej, za kilkanaście lat dawne kaszubskie ziemie na zachodzie zjednoczą się z macierzą nie tylko administracyjnie, ale także kulturowo. Kaszubi podkreślają na każdym kroku swoją lojalność wobec Polski. Jak ognia unikają określania się mianem narodu, a nawet mniejszości narodowej. — Kaszuby bez Polski nie mają racji bytu. Być Kaszubą i Polakiem to to samo, nie ma żadnej sprzeczności — mówią. --------------------------------------------------------------------------------
Język kaszubski dzieli się na 76 dialektów. Jego formę literacką opracował w XIX wieku Florian Ceynowa. Jednak aż do maja 1996 roku obowiązywały różne formy zapisu. Problemem były kaszubskie samogłoski. Zapisywano je, dodając znaki graficzne do liter łacińskich. Rzecz w tym, że każdy dodawał, jakie chciał. W PRL istniała tendencja do upraszczania pisowni kaszubskiej, tak by upodobnić wymowę do polskiego, co było zgodne z oficjalną tezą, że nie jest to osobny język. Zaakceptowana powszechnie wersja zapisu odchodzi od uproszczeń i oddaje w pełni wymowę kaszubską. --------------------------------------------------------------------------------
Mówi profesor Brunon Synak, prezes Zrzeszenia Kaszubsko–Pomorskiego: — Kaszubi zdecydowanie nie są i nie chcą stać się mniejszością narodową. Nie mają żadnych aspiracji państwowych. Nasze zrzeszenie jest organizacją etniczno–regionalną, jego głównym celem pozostaje zachowanie i wzbogacenie kultury regionu, wszechstronny rozwój Kaszub. Kaszubska symbolika nikogo nie razi. Mieszkający na naszej ziemi inni Polacy wiedzą, że nie jest wymierzona przeciw nim. Popieramy wprowadzanie dwujęzycznych napisów, ale o tym powinny decydować przede wszystkim społeczności lokalne. Jeśli istnieje taka potrzeba i ludzie to akceptują, trzeba je wprowadzać, jeśli jednak napisy miałyby powodować jakieś konflikty, lepiej z nimi zaczekać. Wśród Kaszubów mamy do czynienia z bardzo głęboko zakorzenioną świadomością przeszłości, presji niemieckiej. Kaszubi przetrwali wyłącznie w ramach narodu polskiego i są wrażliwi na tym punkcie. Można mówić o swoistej podwójnej tożsamości kaszubsko–polskiej. Polak i Kaszuba to nie są tożsamości konkurencyjne. W wypadku Kaszubów nie można mówić o żadnym separatyzmie. Nie ma takich tendencji i nie przewiduję, żeby się pojawiły w przyszłości. --------------------------------------------------------------------------------
Kaszubi w polityce:
Jerzy Budnik — poseł Jan Kulas — poseł Jerzy Barzowski — poseł Donald Tusk — wicemarszałek Senatu Kazimierz Klejna — senator Edmund Wittbrodt — minister edukacji narodowej Wojciech Książek — wiceminister edukacji Jarosław Sellin — członek Krajowej Rady Radiofonii i Telewizji -------------------------------------------------------------------------------- Kiedy cztery lata temu zacząłem tu urzędować, zwróciłem uwagę na to, że na naszym uniwersytecie jest potrzebny instytut albo zakład naukowy, który byłby związany z badaniami kaszubszczyzny. Mamy ludzi, którzy zajmują się naszą historią, językiem. To jednak jest wszystko rozproszone, a powinno być w jednym miejscu. --------------------------------------------------------------------------------
Oddajcie nasze lasy, oddajcie naszą duszę Andrzej Talaga Łemkowie nie mogą się zdecydować, czy są narodem, czy grupą etniczną narodu ukraińskiego. Jedno jest jednak pewne: zostali wygnani ze swojej ziemi, zabrano im ziemię, lasy, a nawet cmentarze, i najwyższy czas skończyć z tą jawną niesprawiedliwością. Tego właśnie oczekują od demokratycznego państwa. Łemkowyna (Łemkowszczyzna) — rozciąga się na południu Polski od Sanu do Popradu. Do zakończenia drugiej wojny światowej zamieszkiwali ją w zwartym osadnictwie Rusini Karpaccy, zwani przez sąsiadów „Łemkami" z powodu używania przez nich słowa „łem", odpowiadającego polskiemu „tylko", „lecz". Ich nieszczęście zaczęło się tuż przed upadkiem Berlina. Po ustaleniu nowych granic między Polską a Związkiem Sowieckim w ramach tak zwanej wymiany ludności NKWD (przy współpracy sowieckiego wojska) rozpoczęło masowe deportacje. Od wiosny 1945 roku do lata 1946 większość z prawie 180–tysięcznej społeczności polskich Rusinów została wywieziona na Ukrainę. Deportacje miały brutalny przebieg, ponieważ próbowała je, bezskutecznie, powstrzymywać walcząca z Sowietami Ukraińska Powstańcza Armia. Do drugiego wysiedlenia, tym razem ostatecznego, doszło w 1947 roku w ramach akcji „Wisła", która miała na celu pozbawienie partyzantki UPA oparcia poprzez zlikwidowanie osadnictwa ukraińsko–rusińskiego na wschodzie i południu kraju. Łemkowie stracili wszystko: ojczyznę, ziemię, domy, lasy, a także greckokatolickie cerkwie, oddane przez komunistów rzymskim katolikom. Rusini zostali rozproszeni po wsiach i miastach zachodniej i północnej Polski. Po rusnacku besiduj Co odróżnia Łemków od Ukraińców? Niektóre obyczaje, stroje ludowe, ale przede wszystkim język. Łemkowie są częścią większej wspólnoty etnicznej, zwanej Rusinami Karpackimi. Lud ten — określający sam siebie jako „Rusnacy" — zamieszkuje południowe i północne stoki Karpat — na Ukrainie, Słowacji, w Rumunii, na Węgrzech oraz w Polsce. Część z nich jeszcze w XIX wieku przesiedliła się do Serbii i dziś tworzy tam rusińską wspólnotę w Wojwodinie. Język Rusinów niewątpliwie ma wspólne korzenie z ukraińskim i wywodzi się z dawnej Rusi Kijowskiej, niekiedy więc jest uważany za dialekt ukraińskiego. Takie postawienie sprawy ma jeszcze sens w wypadku Polski, Węgier, Rumunii, gdzie mowa Rusinów nie została skodyfikowana, jest więc raczej zespołem gwar niż językiem. Jednak na Słowacji w lutym 1996 roku skodyfikowano ją, a jeszcze na początku XX wieku dokonano tego w Wojwodinie. Karpato–rusiński ma tam ujednoliconą gramatykę. Są słowniki, podręczniki. Stał się więc pełnoprawnym językiem. Problem polega jednak na tym, że serbska wersja tej mowy jest przesycona tamtejszymi terminami, podobnie jak słowacka — słowackimi i nie bardzo nadaje się do użytku w Polsce, gdzie łemkowski został silnie spolonizowany, szczególnie jeśli chodzi o terminologię dotyczącą technologii oraz szeroko pojętej cywilizacji. Dziś w Polsce rusiński można usłyszeć w miejscach publicznych tylko na rdzennej Łemkowszczyźnie, gdzie Łemkowie czują się u siebie i nie wstydzą się własnej mowy, ale na zachodzie Polski jest on używany wyłącznie w domach. Yszczy Łemky ne oddochły, swobody ne majut Po przełomie 1956 roku rząd pozwolił Łemkom wrócić na ich ziemie. Gdy do urzędów wpłynęło kilkanaście tysięcy podań, władze przestraszyły się i cofnęły zgodę. Każdy mógł jednak wracać indywidualnie, jeśli miał dość pieniędzy. Łemkowie nabywali nowe gospodarstwa, a czasami nawet udawało im się odkupić własne domy. Dziś na Łemkowszczyźnie mieszka tylko 10 tysięcy Łemków, około 50 tysięcy żyje nadal w rozproszeniu na ziemiach zachodnich i północnych, na czużyni (obczyźnie) — jak mówią. Do 1989 roku nie było żadnych organizacji łemkowskich. Rusini Karpaccy mogli realizować swoje aspiracje kulturowe — o politycznych nie było mowy — jedynie w ramach koncesjonowanego przez władze ruchu ukraińskiego. I krok po kroku polonizowali się. Gomułkowska odwilż stworzyła wprawdzie warunki do przywrócenia nauki języka łemkowskiego i ukraińskiego w szkołach, z czego Rusini skwapliwie skorzystali, jednak w latach 60. i 70. sytuacja stopniowo się pogarszała. Partia chciała, by Polska była państwem jednolitym narodowościowo, a edukacja po rusińsku przypominała, że tak nie jest. Większość klas łemkowskich zamknięto pod koniec lat 70. Szto my za odny? Po upadku komunizmu Łemkowie skorzystali z okazji, by zorganizować się w obronie własnej kultury. W 1989 roku powstały dwa konkurencyjne stowarzyszenia: na Dolnym Śląsku Stowaryszynja Łemkiw (Stowarzyszenie Łemków) z siedzibą w Legnicy i na Łemkowszczyźnie Objednannja Łemkiw (Zjednoczenie Łemków) z siedzibą w Gorlicach (Gorlyci). Dlaczego naród liczący zaledwie 60 tysięcy członków nie był w stanie wyłonić jednej organizacji? Powodem są poważne rozbieżności w ocenie własnej tożsamości. Stowaryszynja uznaje Łemków za część narodu karpato–ruskiego, Objednannja natomiast — za grupę etniczną narodu ukraińskiego. — To stara polska tendencja, aby dzielić nas na Łemków, Bojków, Hucułów. Tymczasem jesteśmy jednym ciałem — Ukraińcami — mówi Aleksander Maslej, przewodniczący Objednannja. Sprawa nie jest jednak tak oczywista. Po pierwsze, istnieją przesłanki historyczne pozwalające mówić o odrębności Rusinów Karpackich. Ponadto badania socjologiczne dotyczące poczucia tożsamości Łemków, przeprowadzone w latach 90. dla Międzynarodowej Rady Studiów Europy Centralnej i Wschodniej (CCEES), wyraźnie pokazują, że czują się oni czymś odrębnym wobec Ukraińców, choć z odpowiedzi ankietowanych można wywnioskować, iż większość nie oburzy się, gdyby nazwać ich grupą etniczną, a nawet lepiej — narodową wielkiego narodu ruskiego (ukraińskiego). Podział na dwie orientacje sięga jeszcze XIX wieku, a dziś znajduje odbicie nie tylko w działalności organizacyjnej, ale także szkolnictwie i piśmiennictwie. Stowaryszynja wydaje pismo Besida (Rozmowa), dofinansowywane przez Ministerstwo Kultury i Dziedzictwa Narodowego, orientacja ukraińska ma za to Watrę (Ognisko) oraz stronę łemkowską w ukraińskim Naszym Słowie — także dofinansowywanym przez ministerstwo. Jest jeszcze wydawany przez środowisko związane z muzeum łemkowskim w Zydranowej kwartalnik Zakorola. Także coraz popularniejsze watry, czyli festiwale muzyki rusińskiej, organizowane są osobno przez Łemków przyznających się do narodowości karpato–ruskiej i Łemków–Ukraińców. Konflikt na tle tożsamości nie przeszkadza jednak obu organizacjom działać wspólnie tam, gdzie jest to konieczne, na przykład w sprawie zwrotu mienia zagrabionego po wojnie, na polu kulturalnym i w obronie dziedzictwa historycznego. De naszy cerkwy, de naszy mohyły? Tożsamość Łemkowyny ginie jeszcze szybciej niż język rusiński. W Beskidzie Niskim osiedla się coraz więcej Polaków, którzy budują na wsiach i w miasteczkach kościoły, nie uwzględniające specyfiki lokalnej architektury. Coraz rzadziej można spotkać typowe łemkowskie chyże (domy) — długie niskie budynki łączące pod jednym dachem część mieszkalną i gospodarską. Laszota (od słowa „Lach") — jak Rusini z ironią nazywają polskich osadników — stopniowo zaciera ruskie ślady tej ziemi. Znikają też stare przydrożne kapliczki. Do niedawna nie wzbudzało to większych oporów, ostatnio jednak Łemkowie przestali być tak spolegliwi. Kiedy w czerwcu tego roku ksiądz Franciszek Malarz z rzymskokatolickiej parafii Wysowa kazał rozebrać łemkowską kapliczkę w Hańczowej, podniosła się wrzawa. Kapliczkę wybudowano w XIX wieku i była ona wciągnięta do rejestru zabytków. Ksiądz tłumaczył decyzję złym stanem technicznym konstrukcji i tym, że utraciła ona „charakter kultowy". Zjednoczenie Łemków nazwało postępowanie kapłana łamaniem obowiązujących przepisów. „To nie Łemkowie wywołują konflikt i nie oni go podtrzymują; źródłem konfliktu jest samowolne interpretowanie prawa i tworzenie rzeczywistości faktów dokonanych" — czytamy w proteście tej organizacji. Ksiądz Malarz deklarował jednak, że chętnie odbuduje kapliczkę, ale… w innym miejscu. Kolejnym „faktem dokonanym" stało się sprzedawanie prywatnym właścicielom łemkowskich cmentarzy. Po deportacji grunty Łemków, w tym cmentarze w opuszczonych wsiach, przejęło państwo. Obecnie Agencja Własności Rolnej Skarbu Państwa chętnie pozbywa się ich, sprzedając ziemię każdemu, kto zechce zapłacić. W zamieszkanych wsiach rusińskie groby nie są zagrożone. Stoją tak jak stały, co najwyżej otacza je coraz więcej mogił z łacińskimi krzyżami i polskimi napisami. Do nieumyślnych profanacji dochodzi tam, gdzie już nikt nie mieszka. Nowi właściciele często nawet nie wiedzą, że kupili cmentarz. Opuszczone łemkowskie nekropolie zachowały się między innymi w Czertyżnem, Długim, Czarnem, Lipnie, Florynce, Bielicznej, Blechnarce, Radocynie, Wyszowatce. Cmentarze w Ropkach, Czertyżnem i Bielicznej zostały już sprzedane prywatnym właścicielom. Ide Łemko do lisa Wolna Polska stworzyła Łemkom warunki do swobodnego działania. Właściwie każde łemkowskie dziecko może uczyć się dziś ojczystego języka (lub ukraińskiego). Okólnik Ministerstwa Edukacji Narodowej mówi, że jeżeli w szkole jest co najmniej troje rusińskich dzieci i rodzice deklarują, że chcą, aby uczyły się one swojej mowy, trzeba im to umożliwić. Nie ma jednak żadnej szkoły czysto łemkowskiej, a języka rusińskiego uczy się obecnie tylko 90 uczniów (ukraińskiego — 3000). — Niby wszystko jest w porządku, ale dlaczego rodzice muszą deklarować, że ich dzieci mają się uczyć po łemkowsku? — pyta Aleksander Maslej. — A czy polscy rodzice też składają takie deklaracje? Nauka języka ojczystego powinna być automatyczna, bez żadnych deklaracji. Będziemy do tego dążyć. Pojawiła się też szansa na rozwiązanie problemu cmentarzy. Po specjalnym posiedzeniu komisji sejmowej do spraw mniejszości narodowych ustalono, że zostanie powołana wspólna komisja Łemków, Agencji Własności Rolnej Skarbu Państwa i Urzędów Gmin, która oznaczy wszystkie cmentarze, tak by nie zostały one sprzedane wraz z gruntami. Kolejnym krokiem będzie ogrodzenie nekropolii. Tylko raz Łemkowie odważyli się umieścić w miejscu publicznym napis w języku ojczystym — w ubiegłym roku w Kwiatoniu przez dwa miesiące stał drogowskaz pokazujący drogę na watrę odbywającą się w Zdyni. Wprawdzie wywołał on protesty rdzennych Polaków, ale nikt go nie zniszczył. Rusini — inaczej niż Kaszubi — nie chcą samodzielnie ustawiać dwujęzycznych napisów i znaków, ponieważ obawiają się wrogich reakcji polskich sąsiadów. Czekają na ustawę o mniejszościach narodowych, która ma to umożliwić. Na razie z zazdrością spoglądają na pobliskie wsie na Słowacji, zamieszkane przez tamtejszych Rusinów Karpackich, gdzie rusińskie napisy są normą. Łemkowie czekają także na administracyjne przywrócenie historycznych nazw, zmienionych po deportacji. Liczą na to, że Uście Gorlickie będzie znów jak dawniej Uściem Ruskim, a Ropica Dolna stanie się Ropicą Ruską. Rusini nie zgadzają się na ewentualne referenda w tej sprawie, ponieważ we wszystkich wsiach na Łemkowszczyźnie są mniejszością. — Nazwy zostały zmienione decyzją administracyjną rządu, bez pytania kogokolwiek o zgodę i teraz powinno stać się tak samo — argumentują. Wszak nazwy, tak jak architektura, tworzą tożsamość regionu. Udało się też uzyskać kilka korzystnych wyroków w Naczelnym Sądzie Administracyjnym w sprawie zwrotu Łemkom ich lasów skonfiskowanych po wojnie. Rusini chcą odzyskać tylko te lasy, które nadal są własnością państwa, nie zamierzają odbierać własności prywatnej, nawet jeśli ktoś dostał ją z nadania po deportacji prawowitych właścicieli. Łemkowie coraz aktywniej działają, aby ocalić swoją kulturę, jednak bez pomocy Polaków raczej im się to nie uda. Pojawiły się już pierwsze jaskółki dobrej woli ze strony „Lachów". Koło łowieckie „Dzik" wyremontowało kilka łemkowskich kapliczek, harcerze z hufca krakowskiego oznaczają opuszczone cmentarze. Jednak większość Polaków żyjących na Łemkowszczyźnie odbiera działalność Rusinów jako zagrożenie. Każdy napis po rusińsku, zmiana nazwy miejscowości, każdy zwrócony las będzie im przypominał, że nie są na swoim, że pewnego dnia może przyjść do nich prawowity gospodarz i powiedzieć: — To moje pole, to mój dom, musisz odejść. Jak się wydaje, odrodzenie Łemków będzie automatycznie prowokować konflikt z Polakami. Trzeba z obu stron wielkiej ostrożności oraz wyrozumiałości, aby tego uniknąć. Tylko czy Lachom i Rusinom starczy dobrej woli? Nasza wspólna historia skłania raczej do pesymizmu --------------------------------------------------------------------------------
Najwięcej kontrowersji wśród naukowców wzbudza pochodzenie Łemków. O ile bowiem nie ma wątpliwości, że swój język i tradycję wywodzą z dawnej Rusi, to pozostaje jeszcze tajemniczy ślad wołoski. W średniowieczu po łuku Karpat z południa na północ wędrowały grupy pasterzy rodem z Bałkanów. Porozumiewały się najprawdopodobniej językiem zbliżonym do rumuńskiego. Ludność osiadła zwała pasterzy Wlachami (Wołochami). Niektórzy badacze sugerują nawet, że mogli znaleźć się wśród nich Albańczycy. Wlachowie osiedlali się na północnych stokach Karpat, gdzie przemieszani z Rusinami, mieli dać początek Łemkom. Sami Łemkowie mają na ogół dość sceptyczny stosunek do „śladu wołoskiego", uważając się za stuprocentowych Rusinów. --------------------------------------------------------------------------------
Najsłynniejszym Łemkiem w komunistycznej Polsce był malarz–prymitywista Nikifor, a właściwie Nykyfor Drownjak, mylnie uważany przez niektórych miłośników sztuki za Polaka. Nikifor nie mówiący nawet dobrze po polsku trzykrotnie doświadczył deportacji i trzykrotnie wracał na ojczystą Łemkowszczyznę. Artysta urodził się w Krynicy, został ochrzczony w rycie greckokatolickim pod imieniem Jepyfan (Epifaniusz). Ponieważ było ono rzadko spotykane wśród Łemków, nazywano go — Nykyfor. Zmarły w 1968 roku, zostawił po sobie 30 tysięcy różnych prac — głównie akwarel — inspirowanych malarstwem ikonicznym. --------------------------------------------------------------------------------
Z Ordy rodem Andrzej Talaga Po upadku komunizmu polscy Tatarzy zarejestrowali związek, zaczęli budowę szkoły religijnej, wydają dwa pisma, nawiązali kontakty z innymi grupami tatarskimi, a ich reprezentanci po raz pierwszy od dziesięcioleci mogli uczestniczyć w pielgrzymce do Mekki. Jak na tak nieliczną nację, to całkiem nieźle. W przeciwieństwie do Kaszubów, nasi Tatarzy uważają się bowiem za odrębny naród, a właściwie część wielkiego narodu tatarskiego, zamieszkującego Krym, Tatarstan i Syberię zachodnią, a jeszcze ściślej — za podgrupę Tatarów polsko–litewskich. Poczucie odrębności jest wśród nich wciąż silne, mimo że już przed wiekami utracili własny język i nawet w obyczajach upodobnili się do Polaków. Większość jednak pozostaje muzułmanami. Nie przeszkadza to im podkreślać lojalności wobec państwa polskiego, której wielokrotnie dowiedli ich przodkowie. Tatarzy tylko raz nie dochowali wierności Rzeczpospolitej — w XVII wieku podczas tak zwanego buntu Lipków przeszli masowo na stronę Imperium Osmańskiego. Epizod ten polscy czytelnicy i widzowie znają znakomicie z Pana Wołodyjowskiego. Razem, mości Tatarzy Lata PRL były czasem zastoju w tatarskim życiu narodowym. Działały wprawdzie stare meczety w Kruszynianach i Bohonikach na Podlasiu, obchodzono tradycyjne święta religijne, ale Tatarów traktowano tylko jako ciekawostkę etnograficzną. O żadnej swobodnej działalności narodowej nie było mowy. Stanowiło to duży kontrast z czasami przedwojennymi, kiedy Tatarzy mieli własne organizacje narodowe i religijne, prasę, a nawet pułk, a potem szwadron jazdy. Przełom nastąpił wraz z upadkiem komunizmu. Pierwszą poważniejszą inicjatywą była pomoc dla Tatarów krymskich powracających do swojej ojczyzny z wygnania. „Solidarność Walcząca", przy współudziale polskich Tatarów, przekazała im sprzęt poligraficzny, który umożliwił wydawanie pierwszych wolnych gazet na Krymie. Potem, nawiązując do przedwojennych tradycji, powołano Związek Tatarów Polskich, należący do Światowego Związku Tatarów. O ile w czasach PRL manifestowanie tatarskości nie było mile widziane, o tyle muzułmańskie życie religijne nie napotykało przeszkód. Otwarty w 1990 roku meczet w Gdańsku powstawał właśnie w latach 80. Wówczas planowano budowę meczetów w Warszawie oraz Krakowie. Kiedy delegacja Ligi Świata Muzułmańskiego z siedzibą w Mekce przyjechała do Warszawy, była przyjmowana z wielkimi honorami. Saudyjczycy dołożyli się nawet do budowy meczetu w Gdańsku, dotąd finansowanej przez palestyńskiego biznesmena z Kuwejtu i jego przyjaciół. Po upadku komunizmu budowa warszawskiego meczetu została wstrzymana przez władze samorządowe. Skąd wziąć imama? Większość Tatarów mieszka na Podlasiu. Mają tam trzy gminy, dwa meczety i jeden dom modlitwy w Białymstoku. W mieście tym powstaje też szkoła religijna — medresa, oraz meczet, ale widoki na zakończenie budowy są marne. Brakuje pieniędzy, a Saudyjczycy nie chcą już pomagać. Zdaniem Tatarów, po upadku komunizmu stracili zainteresowanie naszą częścią Europy. Mimo kolejnych próśb o wsparcie finansowe białostockich inwestycji, pieniądze nie napływają. Największym zmartwieniem tatarskiej społeczności jest jednak brak duchownych. Obecnie w Polsce pracuje czterech imamów (duchownych prowadzących modlitwy w meczecie). Trzech z nich to osoby w starszym wieku. Wielką nadzieją było sześciu młodych adeptów teologii, studiujących za granicą. Trzech wyjechało do Sarajewa, kolejnych trzech — do Medyny. Naukę sfinansowali Saudyjczycy. Niestety, w Bośni wybuchła wojna i studia się skończyły. Z kolei w Medynie polscy Tatarzy przeżyli ciężki szok kulturowy. Łagodny, obyczajowo niezbyt ortodoksyjny islam europejski nie przygotował ich do surowego reżimu panującego w saudyjskich szkołach koranicznych prowadzonych przez wahabitów. Dwóch studentów nie wytrzymało i wróciło do Polski. Naukę ukończył tylko jeden. Szanse na wprowadzenie do tatarskich meczetów młodych imamów maleją. Tym bardziej nie ma co marzyć o przywróceniu funkcji muftiego, czyli najważniejszego muzułmańskiego teologa kraju. W Polsce brakuje odpowiednio wykształconej osoby, a Tatarzy nie chcą nikogo z zagranicy, dlatego w sprawach wiary decyduje kolegium. W razie wątpliwości imamowie zwracają się do Mekki. Najwyższym autorytetem religijnym jest dla nich tamtejszy wielki imam. Nie oznacza to jednak, że przestrzegają ślepo wszystkich zaleceń płynących z Arabii Saudyjskiej. — Jest to najbardziej muzułmański kraj na świecie, dlatego tam prosimy o porady, bo gdzie ich szukać, jak nie u źródła? — mówi Selim Chazbijewicz, imam meczetu w Gdańsku i działacz tatarski. — Nie przenosimy jednak wzorów wahabickich na nasz grunt. Dokonujemy ich interpretacji, tak by pasowały do warunków, w jakich żyjemy. W Polsce działa kilka organizacji muzułmańskich skupiających Polaków, którzy przeszli na islam, jednak stosunki między nimi a Tatarami nie układają się najlepiej. Ci drudzy zarzucają Stowarzyszeniu Braci Muzułmańskich, Stowarzyszeniu Jedności Muzułmańskiej i Kołu Muzułmanów Polskich, że chcą zmonopolizować reprezentowanie wyznawców islamu w Polsce, z pominięciem Tatarów, a w dodatku przedstawiają siebie wobec arabskich sponsorów jako ortodoksów. — My nie fałszujemy rzeczywistości, mówimy otwarcie, że nie wszyscy u nas się modlą, ten i ów pije alkohol. Są też ludzie bardzo pobożni. Mamy po prostu różne opcje — mówi Selim Chazbijewicz. Silne napięcia między Tatarami a Polakami–muzułmanami powstały też w samym Muzułmańskim Związku Religijnym. W 1990 roku Liga Świata Muzułmańskiego chciała sfinansować wyjazd polskiej grupy na pielgrzymkę do Mekki. Doszło do ostrego sporu, kto właściwie ma pojechać. Musiał aż przyjechać przedstawiciel Ligi, by załagodzić sytuację. — Tatarzy mocno podkreślają swoją tatarskość i wytykają innym muzułmanom, że nie są Tatarami — mówi Bogusław Zagórski, niegdyś członek Najwyższego Kolegium Muzułmańskiego Związku Religijnego, zajmujący się kontaktami z zagranicą, który odszedł z pracy w kolegium. — Tak zwani prości ludzie tatarskość wręcz utożsamiają z islamem. Mówią na przykład, że przyjechał do nich Tatar z Indonezji albo z Sudanu, podczas gdy chodzi po prostu o muzułmanina. Działacze tatarscy niechętnie widzą innych w Muzułmańskim Związku Religijnym, stąd konflikty. Trudno też mówić o dobrych stosunkach z Arabami mieszkającymi w Polsce — obie wspólnoty są sobie tak obce, że nawet modlą się oddzielnie. W Gdańsku teoretycznie istnieje jedna gmina muzułmańska, ale zastępcą imama jest Arab i on prowadzi modły dla muzułmanów cudzoziemców, a imam tatarski — dla Tatarów. Korona zawsze z Litwą Tatarzy dawnej Rzeczpospolitej zamieszkują obecnie trzy państwa: Polskę, Litwę i Białoruś, razem jest ich około 16 tysięcy. Wspólne korzenie oraz historia predestynują ich do zjednoczenia. Dopiero jednak upadek starego systemu stworzył warunki do nawiązania współpracy. Tatarzy z tych trzech państw chcą nawet utworzyć wspólną organizację. Pod koniec lipca tego roku odbyło się kolejne z serii spotkań, które mają doprowadzić do powołania Konfederacji Tatarów Polski, Litwy i Białorusi. Najściślejsze związki kulturowe łączą Tatarów polskich z ich pobratymcami na Krymie. W końcu przodkowie Lipków — jak nazywano Tatarów Rzeczypospolitej — wywodzą się przede wszystkim z chanatu krymskiego. Polscy działacze zdołali nawet zainteresować współpracą z Krymem Kancelarię Prezydenta Lecha Wałęsy, kiedy zasiadał w niej Jarosław Kaczyński, oraz rząd za kadencji Jana Olszewskiego. Potem kontakty zostały zerwane. W latach 1993–94 Tatarstan próbował nawiązać stosunki z Polską za plecami Rosji. W przedsięwzięciu tym pośredniczyli polscy Tatarzy, ale ówczesne polskie władze nie chciały takiej współpracy, żeby nie drażnić Moskwy. Jak dotąd więc próby wykorzystania mniejszości tatarskiej na arenie międzynarodowej spełzły na niczym. Tatarzy utracili folklor, język, stroje. Ich tożsamość wyznacza właściwie tylko pamięć historyczna, świadomość etnicznej odrębności. A że jest to świadomość bardzo silna, niech świadczy fakt, iż w Związku Tatarów Polskich jest już 20 chrześcijan o tatarskich korzeniach. Na Podlasiu organizacją interesują się katolicy o tatarskim pochodzeniu. Gdyby kiedyś wstąpili do związku, muzułmanie mogliby nawet stać się w nim mniejszością. Polscy Tatarzy w porównaniu z Kaszubami i Łemkami mają dużo skromniejsze plany. Marzą tylko o otwarciu lektoratu języka tatarsko–krymskiego, wydziału teologicznego na którejś z polskich uczelni, gdzie mogliby się kształcić przyszli imamowie, uruchomieniu muzeum w Trójmieście. Niewiele to, jak na pierwszy rzut oka, ale wystarczająco dużo, by przetrwać jako odrębna wspólnota etniczna. --------------------------------------------------------------------------------
Nie jesteśmy w Polsce sami — zachowały się w naszym kraju relikty dawnej wielonarodowej i wieloreligijnej Rzeczypospolitej. W dobie globalizacji, gdy utrzymanie pełnej suwerenności narodowej wydaje się już niemożliwe, wielką nadzieją staje się odrodzenie tożsamości regionalnej i etnicznej. Obserwujemy właśnie taką próbę w wypadku Kaszubów oraz Łemków, a nawet Tatarów, którzy choć nie mają swojej „małej ojczyzny", wracają do etniczno–historycznych korzeni. Gdy Polska była mocarstwem, to symbole ruskie, prawosławne czy muzułmańskie nikogo nie dziwiły — były po prostu częścią wspólnej tożsamości. Dziś — choć nie jesteśmy nawet silnym krajem, a co dopiero mocarstwem — może być tak samo, i nie jest to zamach na naszą integralność terytorialną. A może to, co naprawdę cenne, łatwiej będzie obronić w skali gminy i regionu niż kraju? Nasze mniejszości etniczne podjęły wyzwanie. --------------------------------------------------------------------------------
Tatarzy są ludem pochodzenia tureckiego, wywodzącym się ze Złotej Ordy. Kiedy w XIII wieku Mongołowie podbili stepowe ziemie zamieszkane przez Kipczaków, przemieszali się z nimi, przyjmując język, obyczaje i religię (islam) podbitego ludu. Kipczacy z kolei zaakceptowali dominację rodów wywodzących się od mongolskich zdobywców oraz ich obyczaje wojenne. Złota Orda, powstała po upadku imperium mongolskiego, była pierwszym państwem tatarskim. Z niej wyłoniły się chanaty: krymski, syberyjski, kazański, astrachański, nogajski. Obecnie Tatarzy, potomkowie ludności tych państw, zamieszkują głównie autonomiczny Tatarstan w Federacji Rosyjskiej, zachodnią Syberię, Krym. Mniejsze grupy potomków zesłańców żyją w Azji Centralnej. Tatarów można też spotkać na Białorusi, Litwie i w Polsce. Ogółem na świecie jest nie więcej niż 3 miliony Tatarów. Największymi swobodami cieszą się w swoim quasi–państwie — Tatarstanie ze stolicą w Kazaniu. --------------------------------------------------------------------------------
W Polsce obecnie żyje około 4 tysięcy Tatarów. W naszym kraju działają trzy meczety — w Kruszynianach, Bohonikach i Gdańsku. W Białymstoku powstaje szkoła koraniczna — medresa (jest też dom modlitewny w Warszawie i sala w jednym z akademików w Łodzi, ale modlą się w nich głównie nie–Tatarzy, przybysze z Bliskiego Wschodu i muzułmanie–Polacy). Muzułmanie polscy, w 99 procentach Tatarzy, są skupieni w sześciu gminach (Warszawa, Gdańsk, Gorzów Wielkopolski, Bohoniki, Kruszyniany, Białystok). Na ich czele stoi Najwyższe Kolegium Muzułmańskiego Związku Religijnego w RP z siedzibą w Białymstoku. Świecką organizacją Tatarów jest Związek Tatarów Polskich z siedzibą w Gdańsku skupiający około tysiąca członków. Jego organ prasowy to Rocznik Tatarów Polskich ukazujący się od 1993 roku i Życie tatarskie, wydawane od 1998 roku.
|
|
|