WSPOOMNIYNIA STARZIKA
NAPISOL ALEKSANDER NIERADZIK
" KSIAZKA Z JEGO ZYCIA" NAPISANA W 1996
zebrol i uorzool Ted Jeczalik - wnuczek.
Jestem urodzony 1 lutego 1919 roku w Ornontowicach (powiat Rybnik) na
Gornym Slasku.
To co utkwilo mi w pamieci od najmlodszych lat przedstawiam w ponizszych
stronach.
Jako dziecko zapamietalem, ze mieszkalismy w domu zaniedbanym, murowanym
o drewnianych sufitach, krytych sloma.W tym domu mieszkal tak zwany wycuznik
o nazwisku
Sztancel. Byl on na naszym utrzumaniu. Mial jeszcze w Gieraltowicach
krewnych nazwiskiem
Strak, ktorzy onim pamietajac przywozili mu od czasu do czasu cos do
zjedzenia.Duzo przebywal w naszym pokoju.Gdy ktos zauwazyl, zejada Strakowie,
zrywal sie z krzesla, cieszac sie, ze dostanie cos do zjedzenia. Strakowie
posiadali zaklad masarski. Sami bylismy biedni, wiec co moglismy to cos
do zjedzenia mu dawalismy. Chodzil po znajomych,ktorzy wiedzieli o jego
sytuacji, totez zawsze dali mu cos do zjedzenia.
Ojcowie wybudowali domek w srodku wsi Ornontowice na tak zwanym Posrednim,
nalezal do tego waski pasek pola, ktory mial moze poltora kilometra dlugosci.
Bylo to uciazliwe do obrobienia a dzieci przybywalo, wiec byli zmuszeni
do przeprowazki na mowe miejsce pod lasem, ktore nazywalo sie Solarnia.
Nalezalo do tego siedemnascie morgow pola. Tam sie przeprowadzili w 1912r.
z osmiorgiem dzieci. Piecioro narodzilo sie na nowym miejscu, wiec razem
bylo nas trzynascie. Jedenascie synow i dwie corki. Ojcie byl rodem z Ornontowic.
Pracowal w kopalni w Orzeszu, ktora nalezala do Zydow. Pozniej pracowal
w kopalni "Wujek" pod Katowicami, ktora do dzis jest czynna. Kopalnia w
Orzeszu byla dla Zydow nierentowna i zostala zamknieta. Po niej zostaly
zwaly gruzu, kamienia i niskie haldy. Pamietam, ze blisko torow kolejowych
w Orzeszu byl szyb tejze kopalni . Przy drodze byly male domki dla pracownikow
.Do dzis stoi jeden zrujnowany domek.
Ojciec ADOLF NIERADZIK ur.08.06.1877r. zm.06.01.1933r..Ze wzgledu na
zly stan zdrowia byl rencista i otrzymywal rente w wysokosci 46 zl.Matka
z domu ADAMCZYKur.21.07.1882
Dzieci:
IGNACY ur.27.07.1902r.
JOZEF ur.07.12.1903r.
ALOJZY ur.21.06.1905r.
MARIA ur.27.11.1906r.
TEOFIL ur.22.04.1908r.
JAN ur.24.06.1909r.
WILHELM ur.10.02.1911r.
MICHAL ur.24.09.1912r.
WIKTOR ur.21.05.1915r.
AUGUSTYN ur.28.08.1917r.
ALEKSANDER ur.01.02.1919r.
FRANCISZEK ur.08.10.1921r.
MAGDALENA ur.23.04.1925r.
Na Solarni byla takze drewniana stodola, piaszcyste pole wokol domu.
Syn brata JANA Rudolf do dzis utrzymuje to gospodarstwo na wysokim standarcie.
Wybudowal nowy murowany dom, chlewy i stodole oraz zakupil traktor i maszyny
rolnicze. Widac postep w gospodarowaniu.
W o wiele gorszych warunkach zylo nam sie dawniej. Na sniadanie i kolacje
byl zur a chleb domowego wypieku byl wydzielany. Spalismy w lozkach wyscielanych
sloma,po dwoch w jednym lozku. Czesc spala w wyciaganych spod lozek skrzyniach
wyscielanych sloma, gdyz brakowalo miejsca. Starsi bracia spali na strychu
pod slomiana strzecha. Mroz dokuczal a innego miejsca nie bylo.
Starsi bracia gdy dorosli odchodzili z domu i sami zarabiali na swe
utrzymanie. Zenili sie i zakladali rodziny.
Trzech braci poszlo na sluzbe pasc krowy i stamtad chodzili do szkoly.
WILCHELM byl w Bujakowie a MICHAL i AUGUSTYN w Ornontowicach. Po ukonczeniu
szkoly szukali pracy lub nauki rzemiosla. Ja majac jedenascie lat poszedlem
do gimnazjum. Chdzilem tam tylko jeden rok, gdyz rodzicow nie bylo stac
na zaplacenie szkoly. Edukacje moja ukonczylem na poziomie szkoly podstawowej.
Po ukonczeniu szkoly podstawowej nie od razu przystapilem do nnauki zawodu
krawieckiego,gdyz matka chorowala i nie mogla ruszyc sie z lozka. Musialem
sie zajac gospodarstwem. Musialem zadbac o dwie krowy, konia i swine oraz
zajac sie gotowaniem i wypiekim chleba.Za jednym razem wypieklem szesc
okraglych bochenkow chleba. Gdy matka mogla juz chodzic a ja majac juz
osiemnascie lat poszedlem do mistrza Ryszarda Nowaka uczyc sie zawodu krawieckiego.
Przyjety zostalem tylko dlatego, ze brat moj byl klientem owego krawca.
Na nauke dochodzilem codziennie pieszo do Gieraltowic. Roweru nie posiadalem.
Podroz zamowala mi ponad godzine czasu. Dwa razy w tygodniu uczeszczalem
do szkoly zawodowej w Knurowie (droga dwa razu dluzsza). Najgorzej bylo
w zimie, gdy bylo duzo sniegu. W tedy zabieralem ze soba chleb oraz kawe
lub zsiaddle mleko, ktore mi bardzo smakowalo. Kiedy w 1939 roku wybuchla
wojna, nie mialem jeszcze ukonczonej nauki zawodu. U mistrza nie bylo zamowien
na szycie. Na pol roku przed ukonczeniem nauki zawodu, wraz z bratem Augustynem
podjelismy prace w kopalni "Sosnica". Do pracy dojezdzalismy juz rowerami.Byl
to szmat drogi okolo trzynascie kilometrow.Po pieciu miesiacach pracy ,porzucilem
te pracei poszedlem z powrotem do mistrza aby ukonczyc nauke zawodu.Mistrzowi
przybwalo pracy wiec chetnie mnie przyjal .
W tym czasie poznalem moja przyszla zone. Po poltora roku pobralismy
sie.Wesele odbylo sie 01.06.1940r. i bylo skromne. Niedlugo po tym otrzymalem
powiadomienie o stawieniu sie do poboru. Pytali sie w jakiej formacji chcialbym
sluzyc.
Chcac byc jak najdalej od frontu, wybralem saperow kolejowych. W trzy
miesiace po slubie otrzymalem powolanie do wojska do saperow, ale nie kolejowych,
do Nysy. Tam bylismy kilka miesiecy i wyjechalismy do portu Dippe we Francji.
Francja byla juz zajeta przez Niemcow. Przechodzilismy tam szkolenie (budowanie
i wysadzanie mostow, zasiekow z drutu kolczastego,minowanie roznego rodzaju
systemow.)
Umiescili nas w szkole, gdzie jedna z sal byla nasza sala wykladowa.
Pewnego dnia oficer zapytal nas, czy ktos z nas chce pojechac na urlop.
Prawie wszyscy chcieli,wiec on zartobliwie powiedzial, ze wszystkich wysle
a sam zostanie. Zapytal powtornie, czy ktos ma jakis powod, aby jechac
do domu. Stawilem sie ja i kilku innych.gdy zapytal mnie o powod powiedzialem
mu, ze mam zone ,urodzilo mi sie dziecko i mam nie skonczony egzamin czeladniczy.
Ku mjej radosci otrzymalem urlop, ale dopiero po cwiczeniach wodnych.
Po jakims czasie wyjechalismy na polnoc pod Paryz. Tam zamieszkalismy
na szerokiej rzece. W tym czasie nastapilo pewne wydarzenie. Moj najstarszy
brat IGNACY, ktory w1939 r. zbiegl z Polski przez Rumunie do Francji w
okolice Paryza, potajemnie nawiazal ze mna kontakt. Potajemnie mielismy
sie spotkac u pewnej sklepowej, ktora przystala na to. Wiedzial o tym moj
dobry kolega JOZEF KOTYCZKA .Znal troche jezyk francuski ,gdyz uczyl sie
go w gimnnazjum. Do spotkania jednak nie doszlo, gdyz przed czasem musielismy
wracac do kwater.
W domu w ktorym nas zakwaterowano nie bylo swiatla wiec poszedlem do
sklepu kupic swieczke.Wtedy to wlasnie,gdy wracalem spotkalem idacego brata
IGNACA wraz ze swoim kolega Dziuba z Rybnika. Dziuba byl kiedys naczelnikiem
poczty w Rybniku. Nie witalismy sie lecz wstapilismy do restauracji i tam
w wydzielonym pokoiku rozmawialismy. Nie rozmawialismy dlugo, gdyz ktos
z mojej jednostki widzial i chyba slyszal, ze rozmawialem po polsku.Ten
ktos znal polski jezyk.Gdy tylko wyszedl z restauracji, doszedlem do wniosku,
ze idzie zameldowac do jednostki. Opuscilismy restauracje. Szedlem z przodu
a brat z kolega z tylu i tak rozmawialismy idac w kierunku stacji kolejowej.W
pewnym momencie zauwazylismy oficera jadacego na motocyklu,ktory zatrzymal
sie przed restauracja i wszedl do srodka. Brat z kolega szbko sie oddalil
w kierunku stacji kolejowej, gdyz nam nie wolno bylo rozmawiac z cywilami.
Ich trasa wiodla do wioski Pondelarszbo i z koniecznosci byla piesza, gdyz
most na rzece byl zniszczony.Jeszcze w restauracji brat dal mi pare upominkow
a ja w tym zamieszaniu nie moglem mu nic dac. Spotkalem sie z bratem i
jego kolega jeszcze raz po dwoch tygodniach u zaufanego piekarza .Mialem
wowczas wiecej czasu, gdyz bylem na chorobowym. Wtedy to widzialem sie
z nim poraz ostatni.
Po cwiczeniach pojechalismy z powrotem do Dippe. Nie moglem sie doczekac
obiecanego urlopu. Zapytalem oficera, ktory obiecal mi urlop, kiedy bede
mogl go otrzymac. Odpowiedzal mi, ze bedzie wiedzial, kiedy obejmie dowodztwo
kompani. Pewnego dnia w czasie zajec podjechal na koniu i powiedzial "Nieradzik
dostaniecie urlop 21 dni w tym czas jazdy do domu i z powrotem. Cala grupa
zazdroscila mi tego urlopu. Poszedlem zapytac od kiedy mam urlop. Oficer
odpowiedzial, ze rano dostane papiery do wyjazdu. To bylo dla mnie wielkie
szczescie. W nocy dlugo nie moglem spac na mysl, ze zobacze zone, dziecko
i moja matke. Dojechalem szczesliwe. Najpierw wstapilem do matki potem
poszedlem do zony i dziecka do Debienska.
Moj kolega JOZEF KOTYCZKA prosil mnie, abym powiedzial jego rodzicom,
ze ktos z nich ma udawac chorego a lekarz niech wystawi zaswiadczenie o
ciezkiej chorobie, aby mogli go zwolnic na urlop.Tak tez sie stalo. Kolega
dostal urlop a jego rodzice byli z tego bardzo zadowoleni. Jego matka ma
dzis 102 lata. (1996 ROK)
W tym roku we Francji byla ladna i ciepla pogoda. W kwietniu 1941 jednostka
miala sie gdzies przemieszczac,okazalo sie pozniej, ze na wschod. Przedtem
potrzebowali kogos do obslugi koni.
Zglosilem sie, gdyz duzo wiedzialem o koniach. Dostalem do obslugi dwa
konie. Na wagony wladowalismy caly inwentarz, po osiem koni w jednym wagonie.
W kazdym wagonie byly bale slomy i siano. Pojenie koni odbywalo sie w czasie
dluzszych postojow na stacjach kolejowych. Zatrzymalismy sie w Mikolajkach
na samym koncu polnocnej Polski. Tam wsrod jezior bylo juz malo cwiczen
w oczekiwaniu na dalsza podroz. Bylismy tam jakies trzy tygodnie. Ruszylismy
w dalsza droge ale teraz juz pieszo, na koniach i wozami. Wyczuwalismy,
ze zblizamy sie do lini frontu radzieckiego. Zatrzymalismy sie w lasach
pod Grodnem, ktore kiedys bylo polskie. Tam czekalismy dwa tygodnie na
dalsza droge. Bylismy bardzo pogryzieni przez komary.
Dwudziestego drugiego czerwca 1941r. wybuchla wojna z Rosja. O swicie
ruszyly samoloty lekkie, bombowce. Atak rozpoczela artyleria. My czekalismy
w pogotowiu aby pojsc dalej. Juz w nocy nasze kompanie podeszly pod linie
frontu, zas my oczekiwalismy dalszej jazdy. Portki nam drzaly ze strachu
oto jak to bedzie dalej. Dopiero po poludniu otrzymalismy rozkaz do dalszej
jazdy.Linia frontu zostala przelamana.
Dojechalismy do miasta Grodna, gdzie zostalismy do nastepnego dnia.
Na drugi dzien szlismy dalej, kuchnia polowa szla caly czas za nami.
Pamietam taki fakt, gdy koledzy chcieli pewnej kobiecie zabrac cielaka
a ona prosila ich by go jej zostawili, lecz oni nic nie rozumieli. Podszedlem
do niej i rozmawialem po polsku, dalej prosila o niezabieranie cielaka.
Zatrzymalem ich i zostawili jej cielaka. Nie wiedziala jak ma mi dziekowac.
Z wdziecznosci wlaczyla stary gramofon. Z traby wydobywal sie ochryply
glos, ale sluchalismy.
Poszlismy dalej do miasta Witebsk. Co dzien bylismy na nowym miejscu.
Spalismy pod wozami a konie byly przywiazane w poprzek do dyszla. Po przejechaniu
rzeki Dniepr front zatrzymal sie na szesc tygodni, gdyz transporty zywnosci
nie nadazaly za frontem. Nasz odcinek frontu prowadzil w kierunku Smolenska.
Drogi byly tutaj fatalne, niektore prowadzily przez tereny bagniste.
Do znudzenia siedzielismy na wozach a co mialo powiedziec wojsko, ktore
dziennie szlo pieszo. Bylo widac jacy bylismy zmeczeni i niedozywieni.
Czasami udalo nam sie zdobyc kure, oparzyc ja i ugotowac we wiadrze z ktorego
pily konie. Na nic nie zwazalismy byle miec pelny zaladek. Gdy postoj byl
zbyt krotki, to na nastepnym byla dogotowywana zupa i mieso. Jedzenie zawsze
bylo dzielone rowno miedzy kolegami. Wojsko tworzy jedna wspolna rodzine.
Trwalo to do zimy, az dotarlismy do miasteczka Wiasna za Smolenskiem.
Bylismy okolo 600 km od Moskwy. Wojska pancerne dotarly juz na przedmiescia
Moskwy, ale zostaly z tamtad wyparte. Rosjanie mieli wystarczajaco duzo
ludzi i fabryk, ktore produkowaly sprzet wojskowy. Mimo, ze Niemcy dotarli
pod Leningrad i na Kaukaz, to przewaga Rosjan byla wieksza. Niemcom powoli
wszystkiego brakowalo. Za Smolenskiem utrzymywalismy przez jakis czas tzw.
polkociol Dymianski. Potem zostalismy wywiezieni do Francji. Tam nasze
dywizje mialy byc przeszkolone i zamienione z saperow ciezkich na saperow
lekkich. Zaladowano nas na pociagi i wywieziono za miasto Diza. Tam miale
dostac urlop 21 dni akurat na swieta Bozego Narodzenia. Eryka miala juz
rok a ojca nie znala. Po paru dniach wyciagala do mnie Raczki i wyrywaly
sie jej slowa tato. Urlop zawsze szybko mija. Przyjazd jest zawsze radosny
a odjazd smutny. Trzeba bylo wracac. We Francji zima byla lekka a my znow
musielismy wyjezdzac z powrotem do Rosji, gdzie byly wielkie mrozy.
Wywiezli nas daleko na polnoc do miasta Staraja Russia, gdzie bylo
dozo jezior. Tam Rosjanie okrazyli Niemcow i nasze dywizje mialy zdjac
oblezenie. Tak tez sie stalo. Spedzalismy zime bez dachu nad glowa. Przy
takich mrozach bylo to straszne. Raz probowalem sie w stodole wkopac sie
do siana, ale i tam nie mozna bylo wytrzymac z zimna. Trzeba bylo chodzic
i rozgrzewac sie. Probowalem odmrozic sobie nogi i dostac sie do szpitala
by wydostac sie z lini frontu. Gdy grube palce u nog zbielaly zamiast do
szpitala dostalem buty filcowe. Potem przez dlugie lata a szczegolnie w
zimie odczowalem bol w nogach. W koncu zima minela a my caly czas szlismy
z konmi za linia frontu.
W tym czasie na froncie poleglo wielu mlodych ludzi. Moj kolega Kotyczka
z Ornontowic znajdowal sie w tej samej kompani co i ja. Gdy mielismy tydzien
oddpoczynku, gadalismy z soba na rozne sposoby. Zazdroscil mi tego, ze
ja jestem dalej od pola walki. Odpoczynek sie zkonczyl a on mial isc w
nastepnym dniu rozminowywac teren, by wojska mogly przejsc dalej.
Pech chcial, ze wstapil na mine i urwalo mu obydwie nogi. Trwal ostrzal
mozdzirzowy wiec nie mogli go od razu wydostac. Po pewnym czasie odtransprtowali
go do tylu, ale juz bylo za pozno - wykrwawil sie. Gdy go zbierali byl
na tyle przytomny, ze umial jeszcze powiedziec "Nie mam nog". Kolegom powiedzial,
aby mi przekazali, ze mam powiadomic rodzicow, listy do narzeczonej odeslac
i ja takze powiadomic. Po kilku godzinnach zmarl.
Zostal pochowany w wiosce Ponkorowo. Zrobilem zdjecia jego grobu. Do
dzis zdjecie posiadam. Na zdjeciu tym znajduje sie krzyz i napis KOTYCZKA
JOZEF i data jego smierci.
Postanowilem w tedy, ze gdy tylko dostane urlop, to juz na front nie
wroce. W pazdzierniku 1943 dostalem urop. Odmeldowalem sie oficerowi o
nazwisku Mazurek. On poinformowal mnie, abym sie nie rozgadywal na temat
dzialan wojennych. Nie mogl wiedziec o tym, ze chce zdezerterowac. Na urlop
posylali nas z karabinem i amunicja. Do stacji Stara Russia musialem isc
pieszo okolo 15 km. Byla juz zima, ale szlo sie razno wzdluz torow kolejki
waskotorowej, ktora byla nieczynna. Tory prowadzily do stacji Stara Russia.
Siegala tam artyleria rosyjska.
Front znajdowal sie jakies 15 km od stacji.
Szczesliwe udalo mi sie wsiasc do pociagu. Podroz trwala cztery dni.
W czasie podrozy mielismy dluzsze postoje, gdyz musielismy przepuszczac
pociagi wiozace zaopatrzenie na front. W koncu dotarlem szczesliwie do
mojej rodziny, ktora juz czekala na mnie, gdyz wczesnie pisalem, ze dostane
urop. Zona wiedziala , ze niechce wracac na front. Niektorzy moi bracia
takze wiedzieli.
Sasiadka mojego brata Anna Madeja potrzebowala wymienic na niemieckie
pieniadze frontowe, ktore dostala od meza bedacego rowniez w wojsku niemieckim.
Pieniadze wymieniali tylko wojskowym, wiec prosila mnie, abym jechal z
nia do banku w Katowicach. Zgodzilem sie. Gdy w Orzeszu czekalismy na pociag,
zapytalem ja czy moglbym sie u niej ukrywac, bo nie mam zamiaru wracac
na front. Odpowiedziala mi, ze moglbym, gdyz mieszka sama nie ma dzieci,
czasami odwiedzi ja matka lub siostra. Dodalo mi to troche otuchy, mialem
shronienie na poczatek.
Urlop sie skonczyl i trzeba bylo odjezdzac.Wczesnie rono zona odprowadzila
mnie na stacje do Szczyglowic, tak jak bylo pisane na karcie urlopowej.
Bylo to takie niby pozegnanie, gdyz juz na nastepnej stacji w Knurowie
wysiadlem. Bylo jeszcze ciemnawo. Szedlem wzdluz torow w kierunku Gieraltowic.
Wkrotce skrecilem w kierunku lasu Ornontowice. W lesie musialem poczekac
az sie zciemni. Po ciemku poszedlem do mojej matki. Przez tydzien moglem
byc pewny, ze nic mi nie grozi gdyz byl to czas w ktorym mialem sie stawic
w jednosce.
Po tygodniu udalem sie do Madejowej, ktora mieszkala naprzeciw mojego
brata Jozefa. Tam przez dwa tygodnie ukrywalem sie w sianie w stodole.
Nudzac sie oczekiwalem na jedzenie, ktore donosila mi w koszyku by nie
podpasc. Byl juz listopad i robilo sie coraz zimniej. Po dwoch tygodniach
wzieli mnie do malego pokoiku, gdzie bylo cieplej. Pokoj ten byl zawsze
zamkniety. Za niecale pol roku zona odebrala wiadomosc, ze nie stawilem
sie. Z tego tez powowodu zostala wezwana na policje. Tam pytali ja o mnie
ale ona niewiela rozumiala po niemiecku i ze lzami w oczach powiedziala,
ze pojechalem na front. Byc moze lzy przekonaly ich, ze to prawda.
Bylem pewny, ze mnie nie wyzdradzi. Byla ona wierna zona i byla mile
widziana u mojej matki. Przenioslem sie do mojej matki, ktora wraz z siostra
Magda prowadzila gospodarstwo. Od czasu do czasu przychodzil pomoc w gospodarstwie
brat Jan, ktory pozniej przejal cale gospodarstwo.
Nigdzie nie wychodzilem a dom byl zawsze zamkniety. Zrobilem sobie
w chlewie kryjowke miedzy krowami. Przed zlobem wykopalem dol na glerbokosc
130 cm tak by mozna bylo w nim usiasc. W murze byl maly otwor by mozna
bylo oddychac. Nakrycie stanowily cegly ktorymi byl wylozony chlew. Cegly
te umiescilem na grubej drewnianej bali. W miejscu gdzie miale byc fugi
wbilem gwozdzie tak, ze po zaprawieniu zaprawa fug ,cegly trzymaly sie
bardzo dobrze pokrywy. W rogach byly wbite paliki,ktore wytrzymywaly ciezar
krow.
Czasem przyjechala odwiedzic mnie zona. Raz zabrala ze soba corke.
Corka byla jednak zbyt mala , by mogla mnie rozpoznac. Bylem ubrany w lachmany
i nie ogolony, wiec oklamywali ja, ze jestem ukraincem. Ona na to nic nie
odpowiadala, lecz gdy odjezdzaly do domu corka powiedziala do zony : "to
jest glupi tata". Bylo jasne , ze mnie rozpoznala i drugi raz zona nie
mogle jej ze soba zabrac. Zasmucilo mnie to, ze nie bede mogl sie z nia
widziec.
Raz zdarzylo sie, ze zona przyjechala w niedziele a w poniedzialek
rano okolo dziewiatej kolo lasu idzie trzynnastu policjantow z dwoma psami.
Pomyslalem, ze ida po mnie i pobieglem do mojej kryjowki. Siostra Maria
nakryla kryjowke sloma i polala ja lizolem, by psy nie mogly mnie wyczuc.
Caly drzalem ze strachu mimo, ze mialem ze soba dwa pistolety. Wkrotce
poinformowano mnie, ze ida do sasiada Jana Studnika i tam przez kilka godzin
przeszukiwali dom i stodole. Przebywal u niego kiedys jeden dezerter. Chodzil
tam i widywalismy go i byl z Gieraltowic.Kiedy wrocil do domu zona go wydala
bo bala sie go ukrywac. Czy go zlapali czy tez zastrzelili, tego nie wiadomo.
Przez pietnascie miesiecy musialem sie ukrywac az do konca wojny.
Tesciowa, Emilia Grzomba wiedziala, ze sie ukrywam, lecz tesc, Jan
Grzomba nie wiedzial nic. Gdy pewnego wieczoru przyszedlem do nich, zdziwil
sie, ze ja zyje. Jeszcze tej samej nocy wrocilem do matki. Tesc nie wiedzial,
gdzie sie ukrywam, gdyz nie moglby tego utrzymac w tajemnicy. Wojna sie
skonczyla a ja jeszcze przez tydzien nie wracalem do domu, bo moglo byc
roznie. Wojska rosyjski byly juz wszedzie.Wrocilem do siebie do domu. Wojsko
zabieralo gospodarzom krowy. Tesciowej tez zabrali.
Pewnego razu przyszedl do starszego sierzanta Szabonia starszy gospodarz,
dawny soltys i doniosl, ze Nieradzik ten, ktory ma ta Grzabowa tez przyszedl
z wojska. Akurat tam siedzialem i powiedzialem, ze to jestem ja i o co
chodzi. On mnie nie znal i nic nie odpowiedzial. Po dwoch dniach przyszlo
po mnie U.B. i kazali mi isc z nimi. Nie wiedzialem co ze mna zrobia. Gdy
wowczas gospodarz Miazga na mnie doniosl, komendant Szabon wydal mnie w
rece rosyjskiej bezpieki. Wzieli mnie i jeszcze dwoch i zaprowadzili nas
do bylego soltysa Miazgi. Tam zostawili nas w sieni zas w kuchni rozmawiali
o czyms z b. soltysem. Po tem znow nas wyprowadzili i pytali, gdzie tu
mieszkaja Kuby. Mysmy ich nie znali, wiec odpowiedzelismy, ze nie wiemy.
W koncu ktos wiedzial, lecz gdy tam zaszlismy okazalo sie, ze go niema
w domu. Wzieli nas i pod eskorta czterech prowadzili nas do Knurowa. Tam
inni z N.K.W.D.przyprowadzili z roznych stron niewinnych ludzi.
Szlismy dalej, pilnowani ze wszystkich stron, przez Wilcza, Pilchowice
do Rud Raciborskich tj. oklo 20 km. Tam od razu przesluchiwali nas pojedynczo.
Ja wszedlem jako pierwszy. Straznik N.K.W.D. wprowadzil mnie do pomieszczenia
w, ktorym za stolem siedzial wyzszej rangi oficer. Zapytal mnie czy sluzylem
w niemieckij armii. Odpowiedzialem, ze tak. Zapytal czy na froncie wschodnim.
Odpowiedzialem lamana ruszczyzna, ze zdezerterowalem bo nie chcialem walczyc
przeciwko nim. W odpowiedzi na to oficer wstal i zaczal szarpac mnie za
wlosy bic po twarzy krzyczac "ty stupal po naszej ziemi ". Bylem juz odprawiony.
Oficer kazal przyniesc straznikowi palke. Gdy straznik wszedl podal oficerowi
noge od krzesla. Nastepni byli bici ta naga od krzesla. Na noc zamknieto
nas w piwnicy. Na drugi dzien zaprowadzili nas do wsi Barglowka. Tam porozsadzali
nas po piwnicach i nie wiedzielismy co znami zrobia. Przesluchiwali nas
przez tydzien.
Jednemu straznikowi spodobaly sie moje buty oficerskie. Wzamian dal
mi swoje niskie buty, rozmiarem pasowaly. Opowiadalem straznikowi, ze zdezerterowalem
bo nie chcialem walcyc na froncie wschodnim. W koncu ja mialem byc przesluchiwany.
Straznik wprowadzil mnie do pomieszczenia, gdzie za stolem siedzialo dwochh
z N.K.W.D.i jedna kobieta w mundurze.
Pomyslalem, ze tylko jeden Bog wie co teraz ze mna bedzie, lecz straznik
na pewno cos musial im powiedziec. Dali mi spokoj. Nastepnego znajomego
z Wilczej tak pobili, ze ledwo mogl zajsc do piwnicy.On walczyl na kaukazie.
Bylismy wycienczeni.Do zjedzenia dostawalismy kawalek chleba a o wode
musielismy prosic. Jedni zaczynali juz jesc surowe kartofle.
Po tygodniu z powrotem z Barglowka przez Pilchowice, Wilcza, Szczyglowice,
Czerwionke do Bujakowa, gdzie byl punkt zbiorczy w oczekiwaniu na zeslanie
do Syberii. Prowadzili nas pedzac jak bydlo. Dali nam do zjedzenia zupe
z kartofli. Chcialo nam sie pic, wiec napilem sie wody ze studni. To spowodowalo,
ze rozchorowalem sie. Mialem goraczke. Na drugi dzien rannych Niemcow wywozili
furmankami do Katowic. Ja musialem isc pieszo razem z nimi. Przez Mikolow
doszlismy do Katowic do szpitala, ktory byl dawniej przeznaczony dla kobiet.
Szpital miescil sie przy ulicy Francuskiej.
Kazali mi zrzucac koks do piwnicy.Mialem goraczke i nie moglem ustac
na nogach. Koks trzeba bylo jednak zrzucic. Przebywalem tam okolo szesciu
tygodni.
W tym czasie moj brat Augustyn odnalazl mnie przy pomocy znajomego
komendanta milicji z Ornontowic, Zdzieblika. Matka zapakowala cos do zjedzenia
i dala cos wodki. Wodke dal straznikowi a ten pozwolil nam ze soba porozmawiac.
Bylem wyczerpany. Oddawalem krwisty stolec. Brat poczestowal mnie jedzeniem,
ktore dala mi matka.Byc moze to pomoglo.
Choroba powoli ustapila. Brat jeszcze dwa razy mnie odwiedzil. Rannych
opatrzyli, lecz po trzech tygodniach rany byly smierdzace. Bylismy zawszeni.
W ubikacjach nie bylo wody. Na kazdym kroku bylo widac niechlujstwo tych
co nas pilnowali.
Pewna czesc ludzi zostala juz wywieziona wglab Rosji. Dowiedzielismy
sie, ze bedziemy z powrotem przewiezieni do Bujakowa. Przewiezli nas tam
samochodami.
Na drugi dzien straznik zaprowadzil nas na posterunek i tam komendant
wypisal zaswiadczenie, ze jestem zwolniony przez wladze radzieckie 21.03.1945
r. i udaje sie do swojego miejsca zamieszkania. Do matki szedlem do Ornontowic
polami ,by nie spotkac po drodze Rosjan.
U matki ukrywalem sie, gdyz nie bylem pewien, ze znow mnie za cos przymkna.
po tygodniu poszedlem do domu do zony i corki. Kolega Peszke, ktory
byl w milicji powiedzial mi, ze lepiej by bylo, bym sie przez jakis czas
nie pokazywal w domu. Poszedlem wiec do matki. Po dwoch tygodniach poszedlem
do domu do zony i corki, ale malo wychodzilem.
Powoli sie uspakajalo. Wydano wielu niewinnych ludzi.
Mialem zawod, ale nie bylo roboty. Tesc kupil konia , abysmy mogli
obrobic nasze jedno hektarowe pole. Podjalem sie tego, gdyz tesc pracowal
na kopalni "Debiensko".
Roboty powoli zaczelo w moim zawodzie przybywac, wiec w 1947r. otworzylem
warsztat krawiecki, ktory do dzis jest jeszcze czynny. Zamowien na szycie
przybywalo.
W 1948r.Wybudowalismy dom, ktory do dzis zamieszkujemy. Wiosna zaczelismy
budowac a jesienia juz mieszkalismy w ubogim ale wlasnym domu.W wieku 45
lat zdobylem tytul Mistrza Krawieckiego.Od tego czasu moglem juz miec uczniow.
Wkrotce przeprowadzilem warsztat do Czerwionki, ktory wyposarzylem
w urzadzenia, wylozylem nowa podloge, wykonalem okno wystawowe. Pracowalem
tam 15 lat. Pozniej szylem juz tylko w domu
Przez wszystkie te lata oplacalem skladke emerytalna, az w wieku 65
lat przeszedlem na emeryture. W zawodzie krawieckim pracuje nadal, lecz
w niewielkim zakresi, z powodu malej ilosci roboty. Posiadam samochod,
ktory eksploatuje od pietnastu lat. Z zona jestesmy juz 56 lat po slubie.
Dziwie sie sobie, ze udalo mi sie tyle przezyc i zapamietac to wszystko.
Niech posluzy to kazdemu jako pamiec o tych, ktorzy tych dni nie dozyli
. Na froncie gineli tylko mlodzi ludzie.
Jezdzilem do Ornontowic na grob rodzicow i przy drodze do Ornontowic
byl grob niemieckiego zolnierza, ktory zginal w ostatnich dniach wojny.
Dla niego ulozylem wiersz , ktory ponizej zamieszczam :
W dzien Wszystkich Swietych nad grobem zolnierza z obcej ziemi szedles
dalekimi szlakami zwyciestw i odwrotu
do ojczystej twej ziemi, przez pustynna Rosje, az do Polski
tu niedaleko zawiodl cie drogowskaz poprzedniej wioski,
ktory droge najkrotsza wskazal ci,
lecz wrog bolszewik przekreslil droge twa
i serce twe przebil ogniem karabinu
a krew ktora zakrzepla w stopach twych
szary plaszcz wojskowy otulil ja
i tak spoczywasz na bezdrozu lasu ciemnego
gdzie wydawaloby sie, ze wszyscy o Tobie zapomnieli
lecz i tu w dzien Wszystkich Swietych
rozgorzaly swiatla a grob twoj porosl mchem zlocistym.
Dzis nad grobami waszymi pochylaja sie glowy matek,wdow i sierot
placzacych
a jodly swierki, ktore wysoko wznosza nad grobem twym
jakby szepca ci te slowa : Wieczny odpoczynek racz ci dac Panie
Aleksander Nieradzik
KOPIOWANIE ROZPOWSZECHNIANIE BEZ ZGODY AUTORA ZABRONIONE
DZIENNIK ZACHODNI BEZ JAKIEGOKOLWIEK RESPEKTU I
PYTANIA AUTORA SKOPIOWAL TE STRONY I OPUBLIKOWAL W LATACH 1990 TYCH.