| |
Śląsk - świadectwo
czasu.
STEFANIA LABAJ
Jest sierpień 1939 roku. Kończą się wakacje szkolne. Nie
tak wesołe i beztroskie jak zwykle. Nie było wyjazdów poza Śląsk. Napięcie
nerwowe Rodziców udziela się i nam, dzieciom. Przyjechała do nas Babka
z Mikołowa, jednak na krótko. Żołnierze kopią rowy na łąkach, budują tamy
na rzece, zalewają ogromne połacie łąk wodą.
Jak to dzieci, byliśmy ciekawi, więc dosłyszało się nam,
że są to przeszkody przeciwczołgowe. Chłopcy - podrostki, jak to z chłopcami
bywa, byli z tym obeznani, a więc zdawkowo objaśniali nam, dziewczętom,
znaczenie tych przeszkód. Cóż, jeszcze kilka dni bawiliśmy się. W domu
Matka ze służącą pakowały walizy. Obydwie popłakiwaly skrycie. Rodzice
i 18-letni brat prowadzili częste i długie rozmowy wieczorami w gabinecie
ojca. Ojciec, jako urzędnik państwowy otrzymał nakaz wyjazdu na wschód
Polski ze skrzyniami dokumentów, z pozwoleniem zabrania rodziny ze sobą.
W ostatnich dniach sierpnia wyjechaliśmy w kierunku Katowice - Kraków -
Przemyśl.
Po wielu targach, w domu został brat, polski maturzysta
z 1939 roku już zatrudniony jako sekretarz lekarza naczelnego w szpitalu
i nasz Dziadek, wówczas 85 letni starzec, bardzo przedsiębiorczy i opiekuńczy.
Chciał pilnować domu i dobytku (trochę drobiu i pies).
My, to znaczy Rodzice, moje dwie siostry (5 lat i 1,5
roku), sąsiadka z dwojgiem dzieci (14 i 15 lat) oraz ja, ruszyliśmy na
dworzec o świcie. Kiedy pociąg ruszył, posadzona na wygodnej pluszowej
kanapie w zarezerwowanym przedziale, poczułam pewną ulgę, odprężenie. Coś
się zaczęło. Dorośli rozmawiali, więc dzieci miały obowiązek milczeć. Siedziałam
przy oknie, a tam uciekał krajobraz. Mnie stawały przed oczyma wyobraźni
moje radosne łąki różnobarwnie ukwiecone, staw, który był naszyrn królestwem,
droga za miastem, obsadzona pachnącymi o zmierzchu szczególnie mocno w
czasie kwitnienia kasztanami, akacjami, lipami, brzozami, z których dochodził
śpiew ptaków, całe koncerty przeróżnych głosów, gdzie roiło się od pszczół
i chrabąszczy.
Ponieważ budzono nas rano o godzinie trzeciej - zasnęłam.
Byl 31 sierpień.
Kiedy się przebudziłam pociąg toczył się po szynach. Był
piękny słoneczny dzień. Jednak doroslych i nas dzieci nie opuszczał już
niepokój, wręcz lęk przed nieznanym. Rankiem 3 września dotarliśmy w znacznej
części pociągiem, furmanką, i pieszo do Lwowa. Po wielu perypetiach, nalotach
samolotów hitlerowskich, jednak wszyscy - cali i zdrowi.
 
STROONA
|
|