| |
Śląsk - świadectwo
czasu (7)
STEFANIA LABAJ
Wczesną jesienią 1942 roku otrzymaliśmy wezwanie do stawienia
się w sprawie przynależności narodowej (Volkslisty).
Swiadomość naszej rodziny była niemiecka, jednak przed
wybuchem wojny Rodzice nie byli w żadnej niemieckiej organizacji mniejszościowej,
brat ukończył polskie gimnazjum (mając możliwość uczęszczania do niemieckiego),
co byłoby razem wzięte mocnym atutem dla uzyskania na przykład II grupy
Volkslisty.
Staliśmy, Rodzice, siostry i ja w szeregu, w pewnym oddaleniu
przed stolem, za którym siedziało 11 członków komisji. Stół był (moim zdaniem),
ogromnie długi, a
wokół na wszystkim, co można było nakryć czy zakryć widniały hitlerowskie
swastyki. Nigdy później nie rozmawialiśmy o tych chwilach w rodzinie. Nie
wiem, jakich uczuć doznali Rodzice. Ja jednak jeszcze teraz na to wspomnienie
odczuwam niesmak, wstyd, upokorzenie. Czułam się jak nieobecna. Odpowiadałam
na zadawane pytania mając wrażnie, że to nie ja odpowiadam. W końcu, po
około godzinie czasu, doszło do mnie, że owszem możemy zostać uznani jako
Niemcy, jednak przyznaje się nam III grupę niemieckości. Wtedy tam zrodził
się we mnie bunt. Mimo, że po uzyskaniu III grupy miałam obowiązek przynależenia
do niemieckiego związku młodzieżowego, uchyliłam się od niego, za co w
szkole byłam w pewnym stopniu dyskryminowana. To był mój sprzeciw, związany
z takim potraktowaniem. Czegoś nie musiałam. Nie musiałam nosić mundurka,
stukać obcasami i wykrzykiwać hitlerowskiego pozdrowienia. Nie pasowali
mi ci Niemcy do czasów, o których opowiadali mi Dziadkowie. Wtedy chyba
zrodził sie we mnie zalążek śląskiej świadomości, od przedwojennej Polski
i teraźniejszych Niemiec, na co na pewno w dużym stopniu miał wpływ mój
Ojciec, dla którego Śląsk był nie mniej ważny od rodziny. Pracował przez
całe życie wiele społecznie dla Ślązaków i Śląska, od 1929 roku w Rybniku,
gdzie zbudował dom. Po dwudziestu latach od Jego śmierci, jeszcze zdarza
mi się spotkać z dowodem pamięci o Nim.
Sublokatorzy wybudowawszy okazały most nad rzeką Nacyną
wyjechali, mieliśmy Volkslistę, która wprawdzie nie kwalifikowała nas na
pełnowartościowych Niemców, jednak też nie określała nas jako Polaków,
Ojciec uzyskał pełne prawa urzędnika państwowego, więc sytuacja finansowa
naszej rodziny uległa poprawie. Mieliśmy znowu cały dom dla siebie. Czas
biegł śpiewałam w chórze szkolnym, co było dużą przyjemnością, w szkole
byłam jedną z najlepszych uczennic.
Ponieważ Matka często chorowała, musiałam wolny czas poświęcać
siostrom, prasowaniu i cerowaniu, hodowaniu warzyw w ogrodzie. Brat przed
pójściem na wojnę zajmował się chlewikiem z królikami, gęśmi i kurami.
Teraz ja musiałam co tydzień wszystko czyścić, dziennie rano przed pójściem
do szkoły i wieczorem
wyprowadzić stadko gęsi na pastwisko, które dzierżawiliśmy, zabierając
ze sobą siostry i jednocześnie narwać trawy dla królików. Było tego sporo
jak na moje zaledwie dwanaście lat.
Kiedy przyjaciółka Matki w końcu 1942 roku, będąc w wieku
po czterdziestce urodziła pierwsze dziecko, długo chorowała. Jako "doświadczona"
opiekunka dzieci po lekcjach w szkole szłam do "pracy", z wyjątkiem niedziel,
gdzie po zjedzeniu obiadu woziłam dziecko na spacery, zmieniałam pieluchy,
podawałam
butelkę, a w późniejszym czasie wszystkie posiłki. Kiedy spało przygotowywałam
pieluchy i bieliznę dziecka do prania, prasowałam, cerowałam, przyszywałam,
o 17.00 zjadałam podwieczorek i o 19.00 biegłam do domu, żeby Matce trochę
pomóc. Na naukę był czas dopiero późnym wieczorem, zaś na roboty w ogródku
i
chlewiku miałam czas wcześnie rano i w sobotnie popołudnia, kiedy lekcje
szkolne trwały krócej i przy dziecku byłam tylko do 16.00. Oprócz posiłków
dostawałam 15 marek w monetach srebrnych miesięcznie, które wnosiłam do
domowego budżetu. Tak było przez rok.
   
|
|