| |
Śląsk - świadectwo
czasu (6)
STEFANIA LABAJ
Wojna trwała, i niosła pokonanym prześladowania, cierpienia,
śmierć. Najeźdźcy upajali się swoimi zwycięstwami, mimo że śmierć zbierała
ogromne żniwo wśród wojsk na frontach.
Wśród wielu polskich Ślązaków, w tym i naszych zaprzyjaźnionych,
dokonano aresztowań. Między innymi kierownik szkoły, który nigdzie nie
uchodził przed Niemcami, gdyż nie widział takiej potrzeby. Pracował jako
Polak, przekazując swoją wiedzę dzieciom. Zyliśmy tutaj w zgodzie obok
siebie. Miał w niedalekim sąsiedztwie od nas sześciomieszkaniowy dom, w
którym zajmował całe pierwsze piętro. Kiedy w 1940 roku został zaaresztowany,
rodzinę wypędzono do pomieszczeń na poddaszu, lokatorów, z wyjątkiem jednego
Niemca, wprowadzono do mieszkań o niższym standardzie, a na ich miejsce
zakwaterowano Niemców z głębi Rzeszy i miejscowych hitlerowców. Inny z
naszych znajomych, urzędnik Magistratu, również został zaaresztowany a
rodzina doznała wielu szykan. Obydwaj zginęli w Oświęcimiu. SLAZACY od
pokoleń.
Trudno było mi wtedy to pojąć. Przecież żyliśmy obok siebie,
bywali na spotkaniach u siebie, plotkach, dziecinnych zabawach, Ślązacy
polscy i niemieccy. Wśród miejscowych Niemców, mniejszość była hitlerowcami.
Z pozostałymi żyliśmy nadal normalnie. Dlaczego tak się działo? Czyż jak
od stuleci nie wystarczyło, że Śląsk dostał się pod inne panowanie? Nie
- Śląskiem, również, zawładnęli Naziści!
Nadal nie mieliśmy Volkslisty, mimo to mój brat został
wcielony do niemieckiego wojska w lutym 1941 roku.
Krótko po tym bolesnym wydarzeniu dostaliśmy z Urzędu
Miasta (Stadtsamt) nakaz zwolnienia naszego domu w ciągu miesiąca. Reflektującym
na nasz dom, okazał sie być ożeniony z naszą daleką krewną SA-Mann, który
do tej pory zajmował jeden pokój z kuchnią i szopkę. My mieliśmy się z
nim zamienić! Rodzice zaczęli uzgadniać wśród znajomych przechowanie większości
naszego umeblowania, do czasu zakończenia wojny. Matka, nie mogąc się z
tym pogodzić, napisała do kancelarii Hitlera list o zwolnienie z niemieckiego
wojska swojego syna, opisawszy naszą sytuację. Mijal trzeci tydzień bez
odpowiedzi, ale też bez reakcji ze strony Gestapo. Przeprowadzka miała
nastąpić w Wielkim Tygodniu. W tym właśnie tygodniu Matka, nie doczekawszy
się odpowiedzi, pojechała do Katowic do wojewody (Gauleiter). Bez uprzedniego
uzgadniania terminu została przez niego przyjęta. Po kilkunastu minutach
rozmowy Gauleiter Matkę przeprosił i powiedział, że uchyla decyzję Stadtsamtu,
co dostanie na piśmie w najbliższych dniach.
Istotnie, w Wielki Piątek nadeszło uchylenie nakazu. Kiedy
Matka wróciła z Katowic, w skrzynce listowej była odpowiedź z Berlina,
również dla nas pozytywna i z przeprosinami. Ponieważ Rodzice mieli trudności
finansowe (Ojciec miał niskie uposażenie), wynajęliśmy trzy pokoje inżynierom
budującym most nad rzeką, wysadzony w powietrze przez polskie wojska w
1939 roku.
Zamieszkaliśmy w jednym pokoju i kuchni, łazienka została
wspólną. Matka, mając do pomocy przez lata służącą, sama stała się nią
teraz. Sprzątała sublokatorom pokoje, robiła dla nich pranie, mnie szybko
nauczyła prasowania i cerowania. Tak było do zakończenia budowy mostu do
lata 1942. Nasi sublokatorzy byli wspaniałymi ludźmi. Czech z Wiednia,
Austriak z Wiednia i Ukrainiec z Grazu, do którego na ferie przyjeżdżała
żona z dziećmi. Wszyscy żyliśmy w bardzo dobrej, wręcz zaprzyjaźnionej
atmosferze. Pomijając obiektywne uciążliwości, uzyskaliśmy znacznie lepszą
sytuację finansową.
   
|
|