W dniu 9 maja we wczesnych godzinach przedpołudniowych,
nagle usłyszeliśmy strzelaninę, krzyki, walono w nasze drzwi i okna!
Koniec wojny.
Wyskakiwałyśmy przez nasze okienne wejście. Ludzie krzyczeli,
płakali, tulili się do siebie, taćczyli!
Kontynentalne, ciepłe i ożywcze powietrze niósł wschodni
wiatr, niebo, wówczas jeszcze nad Śląskiem błękitne, życiodajne promienie
słoneczne - i koniec wojny!
Jakiż ogrom wrażeń, doznań.
Próbowałam, bywało, przypomnieć sobie tamte przeżcia.
Jednak nie. Nie potrafilam ich sobie uzmysłowić. Takie stany są niepowtarzalne.
Wybuch radości. Przeżyłam. Radość, a zarazem pokora wobec
Mocy, że żyję.
Bardziej ostro wystąpił ciężki bół, który nigdy nie ustąpił.
Brat.
Kiedy wcielono brata do niemieckiego wojska w lutym 1941
roku, liczyl niespełna 20 lat. W tym okresie powoływano raczej starsze
roczniki. Zdarzyło mi się być zapytywaną, czy brat poszedł do wojska freiwillig
(jako ochotnik), ponieważ w owym czasie tak postępowali młodzi ludzie z
rodzin niemieckich. Dziwiłam się, że koleżanki z rodzin niemieckich, czy
nawet ich rodzice, odnosili się do mnie jakby życzliwie. Nie rozumiałam
tego.
Teraz - po zakończeniu wojny, kiedy powrót "z wojny" krewnych,
znajomych, czy innych zawsze cieszył, zarazem bolało, że do nas nikt nie
wraca. Myśleliśmy w domu o tym samym, jednak rozmowa na ten temat była
zbyt bolesna, więc unikaliśmy jej.
W tym miejscu pozwolę sobie na dygresję.
Matka żyła nadzieją, że brat wróci. Wręcz w to wierzyła.
Po kilku miesiącach po zakończeniu wojny, przyznała się nam, że była w
1944 roku latem u wędrującego z cyrkiem fakira, do którego udawało się
sporo osób po wróżbę. Poszły we dwie z naszą sąsiadką, której dwaj synowie
zginęli w czasie dzialań frontowych przed domern (jak pisałam). Tamta pani
dowiedziała się, że jej mąż jest w Afryce, w co nie chciała uwierzyć, ponieważ
ostatni list z "Feldpost" był z Francji, gdzie od dłuższego czasu stacjonował.
Dowiedziała się, że mąż wróci, że będzie cały i zdrowy, a kiedy wróci,
dowie się o żałobie. Dowiedziała się też, że dom, w którym mieszka opuszczą,
a po powrocie męża wybudują nowy, mały domek. To wszystko się sprawdziło.
Kiedy jej mąż wrócił pod koniec lata (zdrowy i cały) dowiedziala
się, że był ostatnie miesiące wojny w Afryce. Dowiedział się o śmierci
swoich dwóch synów również po powrocie, a więc o żałobie. Dom, w którym
od 1931 roku mieszkali sprzedano i w najbiższych latach po wojnie wybudowali
parterowy domek, w innej dzielnicy miasta. Wszystko co fakir powiedział,
sprawdziło się!
Teraz wiedzieliśmy, dlaczego Matka tak nieomal wierzyła,
że syn żyje, że ktoś być może go uratował, że wróci.
Matce natomiast ów fakir powiedział, że dozna wielu bolesnych
i przykrych doświadczeń życiowych. Ze w naszym życiu zasadniczo wiele się
zmieni - a patrząc w fotografię brata powiedział po dłuższym namyśle, że
żyje, że jest bardzo daleko, że był ciężko ranny, ale wróci dopiero w późnej
jesieni.
Wróżba sąsiadce spełniła się. A może?
Iskierka nadziei zatliła się w moich głęboko schowanych
myślach. Późna jesień. To może być listopad, a nawet grudzień?
Wiara Matki rozdmuchiwała tę iskierkę! Kiedy mówiono o
tym, Ojciec milczał. Był realistą.
"Im späten Herbst", jak powiedział fakir.
Minęło Boże Narodzenie 1945 roku, kolejne i następne.
Były to święta bolesne i puste.
Ojciec wszczął poszukiwania przez Polski Czerwony Krzyż.
Były bezskuteczne, jednak czas niósł wieści o powrotach nawet po kilku
latach, szczególnie ze Związku Radzieckiego. Może?