Nazajutrz po powrocie z pracy do domu dowiedziałam się,
że moja przyjaciółka nie żyje. Po opuszczeniu "naszej" ulicy przez stacjonującą
tutaj kompanię wojska zdarzało się, że nachodziły tutejszych mieszkańców
grupki sowieckich żołnierzy w celu wyłudzenia czegokolwiek, a nawet grabieży.
Przyjaciółka mieszkała ze swoją matką, w pewnym oddaleniu od innych domostw.
Ojciec poległ w wojnie jako żołnierz niemiecki. Były same. Rodzina ojca
żyla w Niemczech, matki -
w Mysłowicach. Po dziadkach miały małe gospodarstwo rolne z jedną krowiną,
której pozbawiło je radzieckie wojsko. Owego dnia szło naszą ulicą kilkunastu
wojskowych. Byli pijani. Ludzie kryli się, jednak doszło do kilku przypadków
kradzieży i jednego pobicia. Pod wieczór poszłam do domu przyjaciółki.
Jej matka nie byla zdolna do rozmowy, jednak ujrzawszy mnie, przemogła
się i usłyszałam, jak wpadli do nich na podwórko, najpierw we czterech,
później, usłyszawszy krzyki, pozostali. Nie znalazłszy alkoholu, jak również
niczego innego do zabrania, porwali i zawlekli córkę na wóz. Matkę usiłującą
ją bronić pobili, zepchnęli do piwnicy i zamknęli. Okaleczona, obolała
krzyczała wołając o pomoc. Słyszała krzyki i strzały. Potem nastała cisza.
Kiedy żołnierze się oddalili, po pewnym czasie przyszli oddaleni od nich
około pół kilometra sąsiedzi i uwolnili ją.
Pobiegła do wozu pod stodółką!
Córka w kałuży krwi nie żyła. Przeżyła zaledwie piętnaście
lat. Na murze nabazgrali swastykę. Ojciec zamordowanej w 1918 roku nie
wyjechał do Niemiec, jak reszta rodziny. Został z dziadkami, po których
oddziedziczył małe gospodarstwo rolne. Ożeniwszy się założył rodzinę, żyjąc
raczej na uboczu. Wcielony do niemieckiego wojska poległ na froncie północnym,
córka zamordowana przez "wyzwolicieli", żona zmarła w 1947 roku cierpiąc
przez cały czas na zaburzenia psychiczne.
Przerażenie ogarnęło wszystkich mieszkańców tej ulicy.
Delegacja czteroosobowa, w tym i mój ojciec, poszła zgłosić tworzącej się
milicji o tym zajściu. Jednak nie zostali nawet wysłuchani. Mężczyźni z
biało-czerwonymi opaskami na rękawach byli wladczy i butni, jak opowiadał
ojciec.
Po tych przeżyciach ogromnie wydoroślałam. Poczułam się
zmęczona. Rozumiałam już, dlaczego Ślązacy ponoszą cierpienie od kolejnych
panujących na Śląsku.
Rozumiałam, dlaczego ojciec nie przystępował do żadnej organizacji
polskiej czy niemieckiej przed wojną, w czasie wojny i po "wyzwoleniu".