W krótkim czasie Ojciec uruchomił stołówkę pracowniczą
w kuchni i poczekalni dworcowej, której również szefował. Brak było personelu
kuchennego, jako że jeszcze sporo ludzi nie powróciło z tułaczki wojennej.
Wiele kobiet zostało wcielonych przez wojsko czerwonoarmijskie i milicję
polską do sprzątania gruzu na ulicach, przy wysadzonych przez wojsko niemieckie
mostach itp. Zatrudnił mnie więc Ojciec jako pomoc kuchenną i przez pięć
miesięcy przynosiłam 600 złotych zarobku. Za pracę w nadgodzinach otrzymywaliśmy
wyżywienie (Ojciec w biurze, ja w kuchni) tak, że w domu zjadaliśmy tylko
trochę kolacji, a już było coraz trudniej wyżywić rodzinę.
Budynek dworca kolejowego zajmowali żołnierze radzieccy
a zatrudnionym wydzielono kilka pomieszczeń. Jedynie naczelnik stacji miał
dla siebie całe mieszkanie na trzecim piętrze! Tam musieliśmy (wszyscy
zatrudnieni) korzystać z toalety! Wszystkie inne były do dyspozycji żołnierzy
i przy ich drzwiach sterczeli wartownicy. Po kilku dniach zabroniono nam
korzystania z wejścia do skrzydła budynku, w którym mieściła się kuchnia.
Cóż, wchodziłyśmy przez jedno z okien,
gdyż kuchnia mieściła się na parterze. Ja, jako najmłodsza wdrapywałam
się na parapet i dalej podawałam taboret, drugi stawiałam pod oknem w kuchni
i tak reszta (w tym i starsze panie) dostawała się do pracy! Bywało, że
i kilka razy trzeba było wchodzić i wychodzić w ciągu dnia przez to okno.
Kuchnia od strony
korytarza została przez wojsko pozamykana i zabarykadowana, mimo, że
wartownik w mundurze pełnił tam straż! Często bywało, że pijani żołnierze
dobijali
się do kuchni, więc nasze okno-wyjście zasuwaliśmy wysoką szafą.
U nas w domu, w czasie nieobecności Ojca i mojej zakwaterowali
się żołnierze, nie pytając Matki o zgodę. Zajęli trzy pokoje, zostawiwszy
nam pokój z kuchnią. Nie było to towarzystwo łatwe, acz, tolerując się
nawzajem, przywykliśiny do siebie. Wychodząc z Ojcem do pracy, byliśmy
spokojniejsi o bezpieczeństwo domu.