Wreszcie wyjrzało słońce! W krótkim czasie "uprawiliśmy"
naszą mikrusową rolę, która dała nam wczesne ziemniaki, nowalijki, później
owoce i różne warzywa. Mieliśmy za domem szambo, a wówczas gnojówka nie
była zniszczona detergentami jak obecnie. Nawoziliśmy więc nią jak zawsze,
co dało nam dobre zbiorki.
Dekarza do naprawy zniszczonego przez pociski dachu (załatanego
czasowo deskami przez Ojca), poproszono po dokonaniu wymiany pieniędzy
niemieckich na polskie, to jest po świętach.
Swięta Wielkanocne 1945 roku były u nas bardzo zimne. Padał
śnieg gnany wiatrem. Porządnie zmarzłam, nie mając cieplejszego okrycia,
a jedynie jedyną zieloną wełnianą spódnicę, lekki granatowy w biale prążki
żakiecik a do tego koloru różowego (!) jedwabną bluzkę (dzięki naszym "wyzwolicielom").
Jak wyglądalam w takim dziwacznym ubraniu? Jaki mialam nastrój? Zwłaszcza,
kiedy zobaczyłam wystrojone koleżanki.
Swięta minęły raczej obojętnie.
Poszliśmy w kilkoro młodzieży do jednego z naszych przyjaciół,
który wróciwszy z ewakuacji do domu z matką i rodzeństwem, wszedł na minę,
jakimi były zaminowane przez Niemców rozległe tereny w dzielnicy północnej
miasta. Nogi i rękę miał w gipsie. Jego rodzina była wystraszona i przerażona.
Opowiedział nam, jak jedną z nóg złamał, kiedy przyszli do nich "żołnierze"
radzieccy, nasi "wyzwoliciele"!
Zeszli do piwnicy i nawoływali, żeby do nich zejść. Jako,
że z trudem się poruszał, zeszła matka. Po chwili styszał jej wołanie o
pomoc. Usiłując najszybciej jak mógł zejść do piwnicy, stoczył sie ze schodów,
a ujrzawszy sytuację, zaczął złoczyńców okładać berłem. Został dotkliwe
pobity (16-latek), stracił przytomność, a kiedy ją odzyskał okazało się,
że druga noga została złamana. Był w owym czasie bardzo pogodnym i pozytywnym
młodzieńcem. Kochał muzykę. Jednak od tych wydarzeń w wyrazie jego twarzy
wytworzyła się jakaś smutna rysa. Zmienił się.
Była to rodzina polska. Ojciec, uszedłszy w 1939 roku
(jako polski oficer) do Anglii, nie wrócił do Polski po "wyzwoleniu", obawiając
się prześladowań za służbę dla sanacji.
Tutaj krótka dygresja. O kilka tat młodszy brat naszego
kolegi, już po zakończeniu wojny, w maju, razem z trzema rówieśnikami weszli
na teren "rozminowany", jak głosił napis i wszyscy zginęli od wybuchu min.
Czterech dwunastolatków. Na kościelnej posadzce stały obok siebie cztery
jednakowe trumny. Kościół nie
posiadał tylu katafalków.
Krótko po świętach Ojciec podjął pracę na dworcu PKP (jak
przed wojną). Jako, że się wszystko zaledwie organizowało, pełnił jednocześnie
kilka funkcji. Między innymi jako naczelnik aprowizacji i finansów (jak
to brzmiało!) - a sprowadzało się do rozdzielenia i wydawania artykułów
spożywczych i odzieży z
paczek UNRRA itp. oraz wypłaceniu zatrudnionym na dworcu PKP na stanowiskach
kierowniczych 700 a na niekierowniczych 600 złotych miesięcznego wynagrodzenia.
Kilogram masła kosztował wówczas równe 700 złotych, a
słoniny 400, oczywiście na bazarze, tzw. wolnym rynku.