Pewnego wieczoru, około godziny 21.00 zaskoczyło nas dobijanie
się do drzwi wejściowych.
Żołnierze. Bylo ich pięciu.
Zapytali gdzie są Niemcy ukryci i czy mamy radio. Niemców
nie było, jednak skoro mieliśmy radio, to byliśmy Niemcami!
W roku 1939 jako Polakom odebrano nam wspaniały,
jak na owe czasy, aparat Philipsa, teraz jako Niemcom kazano nazajutrz
dostarczyć aparat do magistratu. Nadal domagali się Niemców. Ziało od nich
alkoholem.
Trzech weszło do pokoju na parterze a dwóch poszło na
piętro, gdzie były dwie sypialnie. Ojciec chcial również pójść na górę
ale krzyknięto żeby pozostał. Byliśmy przerażeni. Na górze słychać było
skrzyp drzwi od szafy, dużej czterodrzwiowej, a pozostali na parterze równocześnie
dobierali się do szafy w gabinecie Ojca.
Wtedy Matka nie wytrzymała, pobiegła, zasłaniając drzwi
sobą. Zrobiło się głośno. Krzyczała wyzywając ich złodziejami hołotą itp.
epitetami. Ojciec próbował Matkę uspokoić i odciągnąć od szafy ale został
przez Nią odepchnięty, w końcu oberwało się któremuś z żołnierzy.Wtedy
jeden z nich odbezpieczył z trzaskiem swoją pepeszę i wycelował w Matkę.
Ja przyciągnęłam siedmioletnią siostrę do siebie. Nastala cisza. W kuchni
panowal półmrok od światła świecy, jednak, kiedy Matka wróciła do nas,
widzialem Jej zmienioną twarz. Była pełna bólu, rozczarowania, nienawiści.
Z trudem oddychała. Poszli. Zdobyliśmy się na wejście do pokoju.
Szafa, w której były resztki naszej cieplejszej odzieży,
stała pusta, nawet bez wieszaków z obszydełkowanymi ramiączkami! Na pólkach
ze swetrami i.t.p. również sporo ubyło. W szafie na piętrze były ubrania
na porę letnią, z czego część się zachowała. Było zimno a nam zostało to,
co mieliśmy na sobie - odzienie domowe. Następnego dnia okazało się, że
było tych rabusiów więcej i byli jeszcze w dwóch domach.
Zbliżały się święta Wielkiej Nocy. Nadal było bardzo zimno,
padał deszcz i śnieg.
W kuchni usadowiliśmy piec, który nam służył w piwnicy
w czasie trwania frontu. Jak to w śląlskich rodzinach było zwyczajem, mieliśmy
zawsze na forant (Vorrat, zapas), więc i węgla było pod dostatkiem. Nie
głodowaliśmy. Było nami w domu ciepło, (o co dbał Dziadek, któremu zawsze
było mało ciepło, mimo, że piec bywał zaczerwieniony od żaru, a my dzieci
próbowaliśmy uchylić okno czy drzwi, za co słyszałyśmy "zawrzyjcie tam,
wy najnduchy! Zima leci!") Teraz już rozumiem, że "leciała zima"
a Dziadek liczył 92 lata życia!
W szopie na podwórku i w chlewiku były różne części starej
garderoby, ubieranej do różnych prac w obejściu. Zaczęło się w sieni prucie,
czyszczenie, pranie, suszenie i wytrwałe prasowanie.
Mieliśmy długoletnią krawcową i jak dawniej, przez kilka
dni u nas w domu, wyczarowywała ze starych zużytych łachów wcale zgrabne
rzeczy do ubierania. Matka płaciła żywnością, ziarnem, świecami (!).
Co za czasy!