Śląsk - świadectwo czasu  (17)
STEFANIA LABAJ

   Ojciec starał się nas pocieszać, że takie zdarzenia nie są rzadkością wśród żołnierzy z pierwszej linii frontu. Co dalej? Jaka będzie dla nas nowa Polska? W ciągu kilku zaledwie godzin pod nowym "panującym" zostaliśmy ograbieni (z uśmiechem na ustach) nie tylko z garderoby i innych przedmiotów, np. pamiątek, ale również z radości zakońiczenia u nas dzialań wojennych a nawet, nadejścia wiosny. Bolało. Następnego dnia wrócili nasi najbliżsi sąsiedzi, ludzie starsi, z liczną rodziną, która w czasie ewakuacji niemiieckiej, schroniła się u nich. Zrobiło się raźniej, jednak w ciągu najbliższych dni nieśmiało wracali do swoich domów czy mieszkań w innych dzielnicach miasta. Z wolna wracali następni mieszkańcy "naszej" ulicy.
   Ileż było radości ale i smutku, kiedy okazało się, że ci i owi nie wrócili do swoich domów z różnych powodów - a jak się później okazało byli i tacy, którzy tę ewakuację opłacili swoim życiem.
   Nastała bieda. Brak jedzenia. Dzieliliśmy się czym kto miał. Ja w swojej naiwności wyobrażałam sobie, że po ustaniu dzialań wojennych, życie wróci do normalności!
   Na początku pierwszej połowy kwietnia nastały chłody, padał deszcz i śnieg. Oczekiwaliśmy slońica i ciepła, żeby wysadzić zachowane wczesne ziemniaki-sadzeniaki i wysiać do grządek wszelkie nasiona. W stojącej w piwnicy dużej skrzyni z piaskiem szybko ubywało jarzyn. Pod dostatkiem mieliśmy ziarna(!) więc i mąki żarnowej, ziemniaków, kaszy jaglanej i prawie pełny dwulitrowy bonclok (garnek gliniany) ze stopionym łojem, przechowywany w piwnicznym dole, który po odkopaniu okazał się przydatnym do jedzenia - oraz świeczek (!).
 

Nazot do 'Historie' / Zurück zur 'Geschichte'Nazot / ZurückDalij / Weiter