Ojciec starał się nas pocieszać, że takie zdarzenia nie
są rzadkością wśród żołnierzy z pierwszej linii frontu. Co dalej? Jaka
będzie dla nas nowa Polska? W ciągu kilku zaledwie godzin pod nowym "panującym"
zostaliśmy ograbieni (z uśmiechem na ustach) nie tylko z garderoby i innych
przedmiotów, np. pamiątek, ale również z radości zakońiczenia u nas dzialań
wojennych a nawet, nadejścia wiosny. Bolało. Następnego dnia wrócili nasi
najbliżsi sąsiedzi, ludzie starsi, z liczną rodziną, która w czasie ewakuacji
niemiieckiej, schroniła się u nich. Zrobiło się raźniej, jednak w ciągu
najbliższych dni nieśmiało wracali do swoich domów czy mieszkań w innych
dzielnicach miasta. Z wolna wracali następni mieszkańcy "naszej" ulicy.
Ileż było radości ale i smutku, kiedy okazało się, że
ci i owi nie wrócili do swoich domów z różnych powodów - a jak się później
okazało byli i tacy, którzy tę ewakuację opłacili swoim życiem.
Nastała bieda. Brak jedzenia. Dzieliliśmy się czym kto
miał. Ja w swojej naiwności wyobrażałam sobie, że po ustaniu dzialań wojennych,
życie wróci do normalności!
Na początku pierwszej połowy kwietnia nastały chłody,
padał deszcz i śnieg. Oczekiwaliśmy slońica i ciepła, żeby wysadzić zachowane
wczesne ziemniaki-sadzeniaki i wysiać do grządek wszelkie nasiona. W stojącej
w piwnicy dużej skrzyni z piaskiem szybko ubywało jarzyn. Pod dostatkiem
mieliśmy ziarna(!) więc i mąki żarnowej, ziemniaków, kaszy jaglanej i prawie
pełny dwulitrowy bonclok (garnek gliniany) ze stopionym łojem, przechowywany
w piwnicznym dole, który po odkopaniu okazał się przydatnym do jedzenia
- oraz świeczek (!).