Nastał dzień 5 marca, kiedy zapowiedziano nam wszystkim, pozostałym
mieszkańcom naszej ulicy, opuszczenie domów do 24 godzin. Za 24 godzniy
opuścić nasz dom! To było paraliżujące. Po naszej nieszczęsnej wędrówce
w 1939 roku Rodzice stwierdzili, że już nigdy nie opuścimy naszego domu,
przed żadnym najeźdźcą.
Jednak miało być inaczej.
Komunikat brzmiał, że będzie w tym rejonie Hauptkampflinie
(główna linia obrony). Matka z Dziadkiein zajęli się gromadzeniem rzeczy,
które należalo zabrać, a Ojciec i ja przenieśliśmy węgiel z długiej, wąskiej
piwniczki na korytarzyk obok i kopaliśmy dół o dlugości 2 metrów oraz szerokości
1 metra i głębokości 1,5 metra.
Był wieczór a do popołudnia dnia następnego mieliśmy opuścić
dom. Po kilku godzinach, z małymi przerwami, dół był przygotowany. Do zabezpieczonego
ceratami itp. dołu, upychaliśmy wszystko, co było do schowania. Jak się
okazało, było tego dość sporo.
W godzinach przedpołudniowych węgiel był znowu na swoim
miejscu a wszelkie ślady zatarte.
Czekaliśmy na samochód wojskowy, który miał mieszkańców
tej dzielnicy wywieźć nie wiadomo dokąd. My byliśmy umówieni z naszymi
przyjaciółmi pod lasem, gdzie nie obowiązywał nakaz ewakuacji, a my czelaliśmy
ze względu na nasze dwie "lokatorki", które zdecydowały, że wyjadą, mimo
że otrzymały propozycję zatrzymania się u naszych wspólnych znajomych.
Nasz ręczny wózek czterokołowy załadowany był koniecznym
bagażem. Ruszyliśmy, Ojciec ciągnąc, a ja pchając wózek. Dziadek trzymał
się wózka z boku, idąc pod laską, na końcu Matka z maluchami. Mieliśmy
niespełna 2 kilometry drogi do pokonania, jednak od godzin przedpołudniowych
padały, gnane porywistym wiatrem, wielkie i gęste płaty mokrego śniegu,
który na ogrzanej przez cieply luty ziemi stawał się papką, gęstą mazią.
Byliśmy ostatnimi, którzy snuli się drogą. Inni już wyjechali.
Zyliśmy pod lasem, jak na stan wojny, spokojnie. Ostrzały od strony zachodniej
miasta w naszym kierunku, były sporadyczne. Natomiast w lesie za domem
stacjonowało coraz więcej wojska. Za lasem znajdował się obóz, w którym
od kilku lat więziono za
drutami Ukraińców pracujących w kopalni "Chwałowice". W połowie marca
zostali z niego wywiezieni.
Czuło się nerwową atmosferę idąc do kościoła w niedzielę
lub realizując resztki kartek żywnościowych w tamtejszych sklepikach. Znowu
miałam towarzystwo, starszą od siebie koleżankę, która ze swoją matką schroniła
się również u naszych przyjaciół oraz syna gospodarzy starszego o rok.
Przynosiliśmy z naszych wędrówek stale jakieś nowiny.
Dnia 23 marca zabroniono wstępu w obręb szosy za lasem.
Była ona zapełniona pojazdami wojskowymi. Żołnierze rozmawiali z ludnością
cywilną, częstowali tak zwaną herbatą (Blümchentee) z odrobiną koziego
mleka, jako że otoczenie było w większości osadą górniczą, gdzie hodowano
w komórkach na podwórkach kozy, króliki, drób.
Wojsko odjeżdżało w pośpiechu. Postoje były krótkie a
ludzie zmęczeni. Potężnie wkraczała wiosna. Było tak ciepło, że młodzież
zdejmowała obuwie i chodziło się na bosaka. My również.