W następnych dniach lutego śnieg stopniał i często padał
deszcz. Ostatnie czynne sklepy, spożywczy i rzeźniczy w mieście zamknięto.
Po żywność trzeba teraz było iść około 2 km torem kolejowym, gdzie zostałam
ostrzelana więc przeniosłam się do drugiej bardziej oddalonej miejscowości.
Dla mnie było oczywiste, że to ja wychodziłam z domu po zakupy, czy z wiaderkami
po wodę, do okolo 500 metrów oddalonego od nas gospodarstwa rolnego, gdzie
była studnia. Zawsze, kiedy było już ciemno, szłam tuż obok płotów niosąc
dwa wiaderka. Nie chciałam żeby wychodził Ojciec. Oswoiłam się ze strzelaniną,
teraz dość sporadyczną, acz linia frontu zatrzymała się na zachód od nas
w odleglości około 1,5 km.
Pewnego dnia razem z przyjaciółką wybrałyśmy się do "miasta",
gdzie dotarłyśmy bez przeszkód po 15 minutach. Nie było zakazu poruszania
się po mieście. Niemieckie wojska pod nadzorem SS czy "szupo" (Schutzpolizei)
wywoziły ze sklepów wszelakie towary. Przystanęłyśmy zdumione na rynku,
rozglądając się. Po paru chwilach, stojąca na uboczu grupka mundurowych
i cywilów zauważyła nas i krzyknięto do nas z wezwaniem do podejścia. Musiałyśmy
sprawiać wrażenie przerażonych, a może wynędzniałych. Nie wiem. Jeden z
owych ludzi krzyknął na nas, żeby natychmiast wrócić do domu, pytając,
gdzie mieszkamy.
Ponieważ widziałam co widzialam, odpowiedziałam, że w
domu mam młodsze siostry i nie mamy już wiele jedzenia, więc miałyśmy nadzieję,
że tutaj coś kupimy, na dowód czego niepewnie wyjmowałam z torby resztki
kartek żywnościowych. Zapytano nas, czy jesteśmy siostrami. Po naszym zaprzeczeniu
jeden z grupy oddalił się, mówiąc zaczekajcie, po czym za kilka minut wrócił
w towarzystwie dwóch żołnierzy z dwoma kartonami. Zostałyśmy nimi obdarowane
z nakazem szyb
kiego zmykania do "Elternhaus".
Do centrum miasta zdążałyśmy z duszą na ramieniu, a wracałyśmy
ze skrzydłami u ramion.
Kartony były dość ciężkie i niewygodne w niesieniu, więc
czasem przystawałyśmy, żeby dać odpocząć wyciągniętym przed siebie ramionom.
Nie było nas przez dwie godziny, więc otrzymałyśmy burę, jednak trofea
tej wyprawy złagodziły sytuację. Były to zupy w proszku, kakao, margaryny
itp. oraz słodycze!
Ośmielone naszą udaną wyprawą, dwa dni później znowu wybrałyśmy
się na zwiad. W drodze do centrum spotkałyśmy pana, który niósł karton
ze świecami domowymi. Dowiedziawszy się, gdzie je dostał, udałyśmy się
tam. Były to magazyny sklepu i fabryki R. Sobtzika. Stróżowali tam dwaj
żołnierze. Zapytani przez nas, czy możemy sobie wziąć chociaż po 10 świeczek,
bo nie mamy pieniędzy (nieprawda), odpowiedzieli, że możemy brać ile uniesiemy
i śmiali się z takich dwóch
lichotek. Bez porozumiewania się między sobą, przyjaciółka zagarnęła
cały karton to jest 100 sztuk świec, a ja wyższa i (ponoć) silniejsza pod
każdą pachą jeden karton. Do mojego domu miałyśmy około 2 km drogi, ale
szłyśmy nie pamiętam jak dlugo, w każdym razie po 200-300 metrach omdlewały
ręce (moje), więc często przystawałyśmy, żeby gdzieś oprzeć kartony. Przecież
mogłam jeden zostawić na drodze, ale moja w tej chwili pazerność, była
silniejsza od zmęczenia. Przyjaciółka burczała, więc brałam jeden karton
biegnąc, odnosiłam go okolo 100 metrów, po czym wracałam po drugi i tak
doniosłam obydwie zdobycze do domu.
Do tej pory jasność w piwnicy głównej dawał najczęściej
żar z pieca. Świec używano przy sporządzaniu posiłków, czy innych czynnościach
wymagających więcej światła. Teraz już nie żyliśmy po ciemku. Obdarowaliśmy
świecami naszych sąsiadów i przez blisko dwa lata nie kupowaliśmy świec
do potrzeb domowych.
Było jeszcze sporo innych wypraw. Między innymi przyniosłyśmy karton
proszku do prania.
Jednego dnia Niemcy zabierali z każdego domu ludzi do
pracy w młynie. Z naszego poszła moja przyjaciółka z matką i ja. Zawieziono
nas ciężarowym autem do młyna, gdzie szuflowałyśmy pszenicę i żyto do worków
a mężczyźni ładowali je do samochodów. Tak do zmroku. Ojciec i jedna z
sąsiadek zaniepokojeni naszą długą nieobecnością przyszli pod młyn, gdzie
praca nadal nie byla jeszcze dokończona. Wcześniej żołnierze zapowiedzieli,
że jak będziemy pracować szybciej to możemy sobie wziąć ziarna ile chcemy.
Ojciec z sąsiadką szybko podążyli do domów, wstępując do kilku sąsiednich
domów, skąd zabrano ludzi do pracy - z tą wiadomością. Ponieważ nasza dzielnica
położona była około 2 kilometry od młyna, po godzinie podjechały pod młyn
wózki, taczki, tragacze, rowery i inne! O godzinie 10.00 ogłoszono fajrant.
Załadowaliśmy dla siebie po dwa worki z pszenicą i żytem oraz dla naszych
zaprzyjaźnionych po jednym i we czworo taszczyliśmy solidny drewniany czterokołowy
wózek do domu.
Mełliśmy na ręcznym młynku żarnowym pszenicę i piekli
na blasze placki, zaczynione na mleku w proszku przyniesionym przez nas
w kartonie. To była uczta.