| |
Śląsk - świadectwo
czasu (13)
STEFANIA LABAJ
Do nas schroniła się sąsiadka z naprzeciwka z czwórką dzieci.
Jej mąż był w niemieckim wojsku, gdzieś w Afryce.
Wczesnym rankiem 31 stycznia, sąsiadka z dziećmi poszła
do swojego domu. Było spokojnie. Ojciec rozpalił w łazience ogień w piecu
i wszyscy zdążyliśmy się poddać kąpieli. Dziadek kończył kąpiel (zawsze
czynił to ostatni, gdyż będąc powolnym, nie musial się spieszyć). Kiedy
o godzinie 10.00 zaczęła się kanonada, Ojciec przymusił dziadka do przyjęcia
pomocy w ubieraniu i zejściu do piwnicy.
Teraz dziadek zgodził się, że "Ale tam gruchajom, gruchajom
ale siebzig/einundsiebzig (1870/71) bardzij szczylali" - a nasz dom był
bez szyb i dwa pociski trafiły w poludniowo-zachodni narożknik domu, gdzie
powstała wyrwa wielkości jednego z pokoi. Prawie wszystkie okoliczne domy
zostały podobnie lub gorzej naruszone, jak się później okazało. Minionej
nocy spadł śnieg i cała okolica była okryta białym puchem. Kiedy o godzinie
12.00 zakończyl się ostrzał, ostrożnie wyjrzeliśmy za okaleczone okna.
Wokoło, jak okiem sięgnąć, było pełno czarnych plam na ziemi od wybuchów
pocisków. Ziemia była zorana. Wiało grozą. W
parę chwil później przybiegła sąsiadka z dziećmi przerażona. W jej
dom również trafił pocisk na piętrze. Jej dwaj starsi synowie, moi rówieśnicy,
odkrywali u nas różne dalsze zniszczenia, o których ojciec jeszcze nie
wiedział. Okazało się, że z przerażenia i w pośpiechu nie zamknęli drzwi
wejściowych w ich domu. Postanowili, że przebiegną szybko (około 15 metrów)
i zamkną drzwi domu. Ich matka zabroniła im wychodzić, mój ojciec również.
Miano z tym zaczekać do zmroku. Ale nie oni. Swojego młodszego brata i
mnie namawiali, żeby pójść z nimi i zbadać jak tam u nich na strychu. Ja
zawróciłam po płaszcz (był siarczysty mróz) a młodszy z braci stanął w
naszych drzwiach wejściowych i zaczekał na mnie. Stało się. Potężna kanonada
rozpoczęła się w minucie, gwizdy i rozrywające się pociski słychać było
w całym domu, gdyż drzwi wejściowe stały otworem a młodszy nieludzkim głosem
krzyczał: Sie sind tot! Sie sind tot!
Ojciec próbował wyjść z domu, gdyż słychać było słabe
wołanie: Hilfe, Hilfe! Również z sąsiedniego domu, położonego na wprost
tragedii, gdzie przebywało 30 dorosłych osób, w tym mężczyźni, usiłowano
dojść do leżących na ziemi chłopców, jednak było to niemożliwe. Ostrzał
trwał nieprzerwanie do zmroku i dopiero wtedy ludzie z sąsiedztwa i my
mogliśmy w miarę bezpiecznie zbliżyć się do miejsca tragedii.
Moi koledzy nie żyli. Wniesiono ich ciała do mieszkania
i złożono na dywanie. Więcej chwilowo nie mogliśmy zrobić. Dwa dni później
przyjechali niemieccy żołnierze a następnego dnia przywieźli dwuosobową
trumnę. Ciała zawinięte w dywan złożono w trumnie i pogrzebano pod Rybnikiem.
Sąsiadka z pochówku nie wróciła do nas. Została ewakuowana
w stronę Czechosłowacji i dalej na zachód. Kiedy rodzina wróciła z tułaczki
wojennej, dom sprzedano.
W następnych dniach Niemcy ewakuowali przymusowo wszystkich
pozostałych jeszcze w swoich domach. I tak trafiła do nas moja przyjaciółka
(od kołyski) z matką, której ojciec i trzej bracia byli żołnierzami niemieckimi,
walczącymi na różnych frontach.
W następnych dniach odcięto dopływ elektryczności, zatrzymano
również dopływ wody i gazu.
Teraz żyło się jeszcze bardziej uciążliwie.
   
|
|