| |
Śląsk - świadectwo
czasu (12)
STEFANIA LABAJ
Zbliżały się Swięta Bożego Narodzenia i nowy 1945
rok.
Atmosfera wokół stawała się nerwowa.
Jedni nie bacząc na nic pakowali się i wyjeżdżali na zachód
Niemiec. Drudzy oczekiwali nadejścia wojsk radzieckich i cieszyli się z
tego. Jeszcze inni nie mogli się zdecydować.
Większość jednak była Ślązakami i kolejna zmiana "panującego"
nie robiła na nas większego wrażenia. Będzie to co być musi. Byliśmy Ślązakami.
Minęły Swięta Bożego Narodzenia, nastał 1945 rok, a z nim
oczekiwanie czegoś, co było nieuniknione. Front.
Niemcy mieszkający w domach po rodzinach polskich, zaczęli
chaotycznie wyjeżdżać. Przywieźli ze sobą rodziny i cały swój dobytek.
Wierzyli, że zostaną tutaj na zawsze, wierzyli swojemu Führerowi. Nie było
w nich żadnej pokory, kiedy zabierając ze sobą tylko bagaż podręczny podkreślali,
że wnet powrócą. Chociaż nie wszyscy tak myśleli. Wielu było świadomych
oczywistej tragicznej klęski Niemiec, aczkolwiek ciągle wierzyli w najnowszą
niemiecką Wunderwaffe V-1, V-2. Nie zdążono jej użyć.
Moim podstawowym zajęciern stało się ciągłe wykupywanie
wszystkiego, co było do kupienia na styczniowe Lebensmittelkarten. Tygodniowe
racje żywnościowe można było wykupić z opóźnieniem, jednak w żadnym razie
z wyprzedzeniem.
Zaczęliśmy przygotowywać piwnice do zamieszkania. W środku
ustawiono wspaniały wysoki piec żeliwny kupiony na ten cel w pierwszych
dniach stycznia, na Bezugschein.
Pieczono chleby, krajano w grube kromki i suszono. Wisiało
takich sucharów kilkanaście worków płóciennych.
Front zbliżał się. Słychać było działania wojenne, obeznani
szeptali, że to już w Żorach.
Dnia 27 stycznia wybrałam się do szkoły na lekcje muzyki
na godzinę 14.00. Uszłam zaledwie kilkaset metrów, kiedy zaczął się ostrzał
od strony zachodniej miasta, na kierunek "naszej" dzielnicy. Znalazłam
się sama jedna na otwartej przestrzeni. Przywarłam do ziemi za drzewem
przydrożnym i przerażona czekałam. Od czasu do czasu rozrywały się dalej
lub bliżej pociski artyleryjskie, jednak odłamki nie dosięgały mojego otoczenia.
Po kilku lub kilkunastu minutach (nie byłam tego świadoma) zalegała zupełna
cisza. Odzyskawszy zdolność myślenia i poruszania się, pochylona dobiegiam
do pierwszego domu, a potem już śmielej do naszego. Ojciec był jeszcze
w biurze, jednak przyjechał wcześniej niż zwykle.
Znosiliśmy do piwnic starsze łóżka. Mój dziadek
(wówczas 92 letni starzec) miał słaby słuch od wojny w latach 1870/71,
w której brał udział jako kanonier. Nie dosłyszawszy zbyt ostro ostrzału
był zdumiony naszymi przenosinami do piwnicy, które skomentował słowami:
"Co to taki strzylani, jak jo był we wojnie z Francyjom, to było strzylani!"
Wojska radzieckie ostrzeliwały naszą ulicę, ponieważ stale
poruszał się tutaj niemiecki pojazd opancerzony, a w pobliskim lesie stacjonowały
działa przeciwlotnicze.
Ze śródmieścia uchodzili ludzie do krewnych lub znajomych
na południowe peryferie miasta, gdyż było to już jedyne wyjście z okrążonego
w ciągu kilku dni przez Rosjan Rybnika.
Rozległe tereny położone w dzielnicach północno-zachodnich,
północnych i wschodnich zostały przez wojska niemieckie zaminowane.
   
|
|