| |
Śląsk - świadectwo
czasu (11)
W 1944 roku ukończyłam szkołę powszechną i podjęłam naukę w szkole muzycznej.
Na wszystkich frontach wojska niemieckie wycofały się.
Otoczone tajemnicą wieści o V-1 i V-2 docierały. Czy dojdzie
do użycia tej broni ?
Upadło powstanie warszawskie. Jaki i kiedy będzie koniec
wojny?
Trzy zaprzyjaźnione z nami rodziny (ze Śląska Cieszyńskiego,
z Ziemi Raciborskiej i Poznańskiej) oraz my spotykaliśmy się w każdą pogodną
niedzielę pod lasem, gdzie jedni państwo mieli dom. Tam można było spokojnie
politykować, przewidywać i słuchać w radiu zagranicznym wieści bezpiecznie.
To panowie.
Panie rozsiadywały się na kocach u brzegu lasu, a my,
kilkoro młodzieży, snuliśmy plany na "po wojnie" i dyskutowali.
Szła zima a z nią chłody i niepokój.
Myślano o zapasach.
Króliki mojej hodowli poszły do słoi, to samo, spotkało
pozostały drób.
Brat Ojca miał duże gospodarstwo rolne z lasem i wodą,
więc obdarowywał nas czasem swoimi produktami.
Wujostwo żyli dostatnio. Mieli II grupę Volkslisty i dość
wysoko postawione towarzystwo urzędnicze, które przyjeżdżało do nich na
polowania. Wujek pełnił funkcję Ortsbaurnleiter'a.
W końcu listopada zadzwonił do nas, żeby w dzień św. Mikołaja
przyjechać z dużą lekką walizką.
Jak zwykle towarzyszyłam Ojcu.
Leżała około 10 - centymetrowa warstwa śniegu i nadal
padał gęsty śnieg, a pod butami lekko skrzypiał mróz.
Za pół godziny dojechaliśmy do małej stacyjki, gdzie czekał
na nas parobek z saniami. Było już ciemno. Po następnej pół godzinie zawitaliśmy
u wujostwa. Okazało się, że mamy ze sobą zabrać 70 kilogramowego prosiaka,
który musi jak najprędzej i bezpiecznie zostać dowieziony do domu i "przerobiony".
Wszyscy rolnicy pod rygoren surowych kar, mieli obowiązek
zgłaszać w "Ernährungsamcie" posiadane i doszłe bydło oraz trzodę chlewną.
Nasz wspólny czyn w rozumieniu ówczesnych przepisów był przestępstwem,
za które groził obóz koncentracyjny.
Po krótkim odpoczynku i posiłku, spitego wódką prosiaka,
owiniętego w derkę, położyliśmy do kufra wiklinowego. Usadowieni wygodnie
w saniach dojechaliśmy do stacyjki kolejowej, gdzie wsadzeni do pociągu
dojechaliśmy bez przeszkód do Rybnika.
Jako że była już dość późna pora wieczorna, przechodniów
mijaliśmy niewielu. Szliśmy spokojnie, starając się nie uginać pod 70-kilogramowym
ciężarem, żeby nie zwrócić na siebie uwagi. Jednak uszedłszy za rogatki
miasta, ruszyliśmy ile mocy w nogach, niosąc walizkę wspólnie. Kiedy minęliśmy
ostatni zakręt do "naszej"
ulicy, zauważyliśmy zdążającą za nami postać.
Przerażeni przyśpieszyliśmy jeszcze bardziej, co zdawało
się już niemożliwe. A jednak. Chyba na skutek większego szamotania się
z walizką i naszym ogromnym zmęczeniem, prosiak przebudził się i zaczął
kwiczeć. Zeby nie zwrócić na siebie uwagi naszym nieomal biegiem, winniśmy
byli iść wolno, jednak ze względu na coraz głośniejsze pijackie wrzaski
naszej zawartości w kufrze zachowywaliśmy się zupełnie przeciwnie. Kiedy
pozostało nam okolo 50 metrów do naszego domu, obejrzałam się za siebie
po raz niewiadomo który, zobaczyłam postać odmykającą furtkę. Był to Gestapowiec
w mundurze, który w tym domu mieszkał. Ulga. Nie śledzono nas.
Wrzaski nadal się rozlegały, więc dobiegliśmy do domu,
żeby jak najprędzej położyć temu kres. Zanim myśmy się przebrali i odświeżyli
Matka przygotowała wrzątek i łazienka została zamieniona na warsztat a
"wygódkę" przygotowano w komórce. Maluchy już spały, gdyż nie mogły o niczym
wiedzieć. Ja spędziałam całą noc z ojcem przy żmudnej pracy w "warsztacie",
a Matka trudziła się w kuchni.
Następnego dnia była niedziela, więc mogliśmy odpocząć.
Satysfakcja była ogromna, jak również ogromna była nasza wdzięczność Losowi.
   
|
|