Anna i Marta

12 stycznia 1945 roku wojska radzieckie rozpoczynają swoją ostatnią i największą

ofensywę w II wojnie światowej. Przewaga Rosjan jest druzgocąca i wynosi 11:1 w

piechocie, 7:1 w czołgach i 20:1 w artylerii co daje prawie piętnastokrotną przewagę sił

naziemnych i dwudziestokrotną przewagę w powietrzu. Na niemiecką Grupę Armii

Środek , która wycofuje się w kierunku Śląska spada uderzenie dwóch frontów

radzieckich 1i 4 Frontu Ukraińskiego . Wojska Niemieckie pomimo stosowania

skutecznych kontrataków zmuszone są do odwrotu na kolejne linie obrony , które

zostają usytuowane już na rubieżach Górnego Śląska. Po 20 stycznia 1945 roku

czołówki radzieckie docierają do przemysłowej części Górnego Śląska.

Dla mieszkańców Jaśkowic jednej z dzielnic Orzesza przejście frontu odbyło się bez

większych dramatów , po wycofaniu się niemieckich oddziałów osłonowych przez kilka

godzin była cisza a potem pojawili się czerwonoarmiści . Tak jak na całym Górnym

Śląsku pod pozorem szukania Germańca rozpoczęło się zwyczajne okradanie

mieszkańców ze wszystkiego co danemu żołnierzowi (rabusiowi) wydało się

interesujące , paradoksalnie wielokrotnie okradani musieli jeszcze nakarmić swojego

złodzieja , który najczęściej życzył sobie jeszcze „miaso i spirit”. Mieszkańcy Jaśkowic

pomimo , że ograbieni i sponiewierani to się pocieszali wojna ma się ku końcowi i

najgorsze już za nami. Nie wszystkim było dane cieszyć się z zakończenia II wojny

światowej , dla niektórych czas udręki miał się dopiero zacząć do tych nieszczęśników

należały bliźniaczki Marta i Anna (rocznik 1925) . Pani Anna tak dzisiaj wspomina

tamten czas.

Po wycofaniu się wojska Niemieckiego nastąpiło wyczekiwanie , które było najgorsze

bo nikt nie wiedział co z nami zrobi ta Czerwona Armia. Najniebezpieczniejsza była ta

szpica w większość azjaci, biegali jak opętani i kradli bez opamiętania a jeśli ktoś się

opierał to od razu strzelali . Po nich nadeszła następna fala już bardziej normalnych ,

też zabierali ale można było się przynajmniej targować i już nie wymachiwali bronią.

Minęło parę dni i człowiek zdążył się przyzwyczaić do widoku żołnierzy w kufajkach tak

utytłanych od brudu i tłuszczu , że aż błyszczących i prawie bez przerwy pijanych.

Dzisiaj już nie jestem pewna czy to była niedziela czy inny dzień ale na pewno

południe bo całą rodziną jedliśmy obiad , kiedy zjawili się żołnierz i milicjant z opaską

biało czerwoną na ramieniu, mówiąc że ja i moja siostra zostałyśmy wyznaczone do

robót publicznych i za pół godziny mamy być gotowe do wymarszu. Nie było innego

wyjścia jak tylko ciepło się ubrać i udać się na wyznaczone miejsce zbiórki . Byłyśmy

nie mile zaskoczone tym ,że oprócz nas nie ma żadnych kobiet tylko paru mężczyzn z

łopatami ale już nie było wyjścia i powoli zaczęliśmy iść w nakazanym kierunku w

stronę dworca kolejowego w Orzeszu, a milicjant i żołnierz szli za nami co jakiś czas

pociągając z flaszki. Zbliżając się już do dworca zauważyłam przed jednym z baraków ,

których tam parę stało ,stos łopat i w tym momencie podbiegli do nas inni żołnierze

szybko oddzielając nas od mężczyzn i błyskawicznie wpychając do jednego z baraków .

W ostatniej chwili usłyszałam jak milicjant , który nas konwojował wrzasnął „to już nie

są błozna przeca tak nimiało być” i zrzucając karabin z pleców zaczął uciekać. W

baraku panowała niesamowita duchota i ciemność i dopiero po paru minutach

zauważyłam , że barak jest tak przepełniony kobietami , że nie ma nawet gdzie stać.

Trzeciego dnia wieczorem nasza mama przyniosła nam paczkę , która poprzez

strażników została nam doręczona. W paczce oprócz żywności , którą połowę pożarli

strażnicy była jeszcze miska i dwie łyżki , które w przyszłości miały się nam tak bardzo

przydać. Tego samego dnia rozdano wszystkim chleb wojskowy i napojono wodą

,pierwszy raz od trzech dni. Czwartego dnia bardzo wcześnie rano budzą nas wrzaski ,

zaraz potem otwierają się drzwi i rozkaz wychodzić ! na dworze było jeszcze ciemno

ale to nie przeszkadza w szybkim sformowaniu kolumny . Zaczyna świtać a my ruszamy

szybkim marszem w kierunku Ornontowic a potem Knurowa. W Knurowie umieszczono

nas w szkole , która wkrótce była pełna pod sam dach i już tradycyjnie bez jedzenia i

picia . Po dwóch dniach podobny scenariusz jak w Orzeszu i marsz w kierunku Bytomia

. Przez cały czas trwania marszu pada śnieg i panuje przenikliwe zimno, byliśmy

konwojowani przez sporą grupę uzbrojonych po zęby żołnierzy , którzy byli bardzo

czujni nie pozwalając na jakikolwiek kontakt z mieszkańcami mijanych miejscowości. Co

jakiś czas przejeżdżał wzdłuż naszej kolumny oficer na koniu z „żyłą” (pejczem) w ręku i

powtarzał „bystro!, bystro!” . Pod wieczór zaczęliśmy wchodzić do Bytomia i pomimo

zakazu rzucano nam z okien żywność. Tym razem wprowadzono nas do opuszczonego

więzienia gdzie byliśmy umieszczani w celach więziennych. Po pierwszym dniu pobytu

kiedy się okazało , że nie zanosi się na polepszenie warunków bytowych zaczęłyśmy

my kobiety najpierw płakać a potem histerycznie wyć. Gdy wycie zaczęło się przenosić

na całe więzienie to zaczął się ruch i bieganie wachmanów i w niedługim czasie

zaczęto rozwozić zupę w kubłach i rozdawać chleb. Na wieczór zapowiedziano łażnię

co było już najwyższą koniecznością gdyż od tygodnia nikt się nie mył i nie zdejmował

ubrania. Tam w Bytomiu zaczęłam podświadomie odczuwać strach przed tym co nas

czeka. Podczas mijania się ze strażnikiem moja siostra zaryzykowała i zapytała go co z

nami będzie, a on nie patrząc na nas wysyczał tylko jedno słowo „Rosija”. Przemarsz

z więzienia na dworzec kolejowy w Bytomiu zaczął się o brzasku, ilu nas idzie nie

mogłam widzieć ale poczułam się cząstką dużej masy ludzkiej co dawało mi poczucie

jakiegoś drobnego komfortu psychicznego niezbędnego w tak traumatycznych

sytuacjach. . Załadowano wszystkich do wagonów , które były takimi prostokątnymi

skrzyniami do przewozu bydła , w których oprócz piecyka typu koza, pół beczki na

odchody i słomy nie było nic. Pierwszy postój miał miejsce w Krakowie gdzie szydzono

z nas i obrzucano śniegiem, w pewnym momencie do ludzi naigrywających się z naszej

niedoli podszedł oficer radziecki w takim „ciemno modrym uniformie”, i w futrzanej

czapie z lisa na głowie , która była tak ogromna że mu zakrywała pół twarzy ten oficer

chwycił jednego z tych naigrywających się mężczyzn za rękaw a ten się od razu z

takim strachem wyrwał , że rękaw jego płaszcza pozostał w ręce tego oficera a ten

cywil uciekał tylko z jednym rękawem migając raz białą a raz czarna ręką. Następne

postoje odbywały się już tylko na pustkowiach gdzie wynoszono nieczystości i

wnoszono jakieś pożywienie i od czasu do czasu wrzątek. Za Dnieprem , który jest

ogromną rzeką zaczęły się tereny płaskie jak szyba, bez drzew i żadnych osiedli w

zasięgu wzroku. Następna szeroka rzeka to była Wołga , po której pływały statki i barki

nad tą Wołgą pierwszy raz zobaczyłam jak z naszego pociągu wynoszono zwłoki ,

które następnie układano wzdłuż torów. . Któregoś dnia budzę się i słyszę jak ktoś

wrzeszczy ludzie to już Azja! szybko wstajemy żeby zobaczyć tą Azję i patrzymy a

wokół coś jakby pustynia czy step i drepczące po niej kamele (wielbłądy),. Po dwóch

dniach pociąg stanął w szczerym ni to stepie ni to pustyni… koniec rajzy, jechaliśmy

około miesiąca docierając do Karagandy (Kazachstan) . Stepem porośniętym suchą

trawą zaczęliśmy powoli iść w kierunku naszych przyszłych kwater , którymi miały być

coś jakby baraki na wpół wkopane w ziemię zbudowane z suszonej gliny i pokryte

falistą blachą. . W następny dzień porozdzielano nas do różnych robót mnie i Martę

skierowano do cegielni. Praca może nie była aż tak ciężka ale bardzo wyczerpująca .

Żeby dojść do tej cegielni trzeba było godzinę maszerować a potem dopiero pracować

w żarze i spiekocie, przy naszym łagiernym wyżywieniu człowiek marniał w oczach . Po

dwóch miesiącach wszystkie kobiety z tych najbardziej uciążliwych stanowisk

przeniesiono do innych zajęć . Marta została wysłana do pracy w kuchni a mnie

skierowano do rozwożenia wody. Codziennie wcześnie rano wozem z beczką

zaprzężonym w dwa muły ja i młody chłopak , który jako niemiecki jeniec wojenny był

już tam od roku dostarczaliśmy wodę do okolicznych łagrów. Jeżdżąc codziennie z tą

wodą mogłam zobaczyć ile tam zwieziono ludzi nie tylko ze Śląska ale również z

Węgier, Rumunii i oczywiście jeńców wojennych , których obozy mieściły się w pewnym

oddaleniu. Ludność tamtejsza to byli sami koczownicy , którzy mieszkali w takich jakby

namiotach ze skóry w kształcie bereta położonego na ziemi z jednym małym otworem

, wokół tych namioto-beretów kręciły się ich zwierzęta głównie barany, kozy i wielbłądy .

Drzew ani łajna zwierzęcego tam nie znajdziesz , drzewa po prostu tam nie rosną ale

łajno skrzętnie zbierają i suszą żeby potem nim palić w paleniskach. Któregoś dnia

przychodzę do roboty a ten mój towarzysz niedoli siedzi wielce zasmucony, pytam go

co się stało a on prawie płacząc zaczyna mówić …miałem zegarek , który z takim

namaszczeniem chowałem ale ktoś zauważył i doniósł komendantowi ten mnie wczoraj

zawezwał do siebie i pyta po co tobie zegarek, zanim zdążyłem cokolwiek powiedzieć

on mówi dalej ,ciebie zegarek nie jest potrzebny, ale mnie jest bardzo potrzebny, bo to

ja mając zegarek będę wiedział kiedy ty i twoi koledzy macie jechać do domu a jak nie

będę miał zegarka to nie będę wiedział i możecie tu zostać nawet na zawsze. Nie wiem

kiedy go zwolniono ani co się z nim stało, bo zostałam wraz z innymi przewieziona na

Ural do kopalni niklu połączonej z hutą i to się tam nazywa kombinatem. Mnie

wyznaczono do pracy na taśmach , którymi ruda surowego niklu wydobytego w kopalni

transportowano do przetopienia w hucie . Natomiast Marta poszła do kuchni gotować

,dzięki czemu mogłam od czasu do czasu dostać jakiś tłuściejszy kąsek. Tam już

głodna nie chodziłam ale za to zimno i przeciągi były trudne do zniesienia. Moim

dozorcom był Ukrainiec taki pół- łagiernik , który już tam był 10 lat i funkcjonował jak

wolny człowiek tylko bez prawa wyjazdu. Pewnego razu przychodzi ku mnie ten

dozorca i mówi wy za niedługo pojedziecie do domu i dlatego bardzo cię proszę abyś

zechciała wysłać list z wypisanym adresem tak ,że nic nie będziesz musiała robić tylko

wrzucić do skrzynki. Zgodziłam się ale go pytam skąd wiesz kiedy nas zwolnią ale on

nic nie odpowiedział tylko wyciągnął z kieszeni sygnet z niklu (ten sygnet Pani Anna

przekazała wystawie poświęconej wywózkom i można go tam zobaczyć) i mi go daje

mówiąc na pamiątkę i żebyś nie zapomniała wysłać listu. Po tygodniu wszystkich

łagierników ze Śląska i Niemiec zebrano na placu przed kombinatem i oznajmiono :

wasza służba na rzecz ZSRR zakończona jedziecie do domu. W pierwszą rocznicę

zakończenia wojny 9 maja 1946 roku nasz transport przejechał granicę Polską w

Brześciu gdzie wrzuciłam list do skrzynki. W Brześciu nas podzielono na tych co

chcieli jechać do Niemiec i na tych co chcieli na Górny Śląsk. Nas Ślązaków

zawieziono do Mysłowic na tzw kwarantannę. Na tej kwarantannie nasze baraki były

akurat naprzeciw obozu koncentracyjnego Mysłowice i mogliśmy bez przeszkód

oglądać te dantejskie sceny , które się tam rozgrywały. Gdy nas zwalniano wyszedł do

nas gruby jak piec major i powiedział „ jeśli nie chcecie wrócić tam skąd przyjechaliście

to najlepiej milczeć” i położył palec na ustach. W ostatnią niedzielę czerwca 1946 roku

ja i moja siostra Marta stanęłyśmy przed drzwiami naszego rodzinnego domu, od razu

padając na kolana głośno szlochając ze szczęścia .

30 stycznia 2010roku pani Anna odeszła do Pana by odpocząć na zielonych

pastwiskach.

Marian Kulik.


Wspomnienia żołnierza III

Chciałbym  zaprezentować wspomnienia kolejnego Ślązaka , który jako żołnierz Wehrmachtu był do końca razem ze swoimi kolegami nie ulegając defetyzmowi i wrogiej propagandzie.
Wiktor rocznik 1922 urodzony w Janowie-Katowice , ojciec hutnik, trzech braci wszyscy w Wehrmachcie.
Mając na uwadze datę urodzenia musiał by Pan pamiętać 1 września 1939 roku na Śląsku.
Oczywiście , że pamiętam i to dobrze pamiętam piękną słoneczną i suchą pogodę , która trwała do końca września. To , że coś się  wydarzy odczuwało się  już co najmniej od czerwca . W moim środowisku a byłem wtedy harcerzem  przeszkolonym medycznie, trwało ciągłe pogotowie  wypełnione ćwiczeniami i szkoleniami o charakterze wojskowym . Uświadamiano nas również werbalnie ale było  to takie naiwne , że aż śmieszne ale wtedy święcie wierzyłem w to co nam wpajano. W ostatnich dniach sierpnia docierały do nas informacje że dochodzi do starć z Frajkorpsami  ale nie w Janowie tylko w Bytkowie i Chorzowie. Bardzo wiele osób otwarcie zaczęło okazywać pro niemieckie nastawienie. 1 września 1939 roku obudził mnie dość wcześnie rykiem samolotów  , które bardzo nisko latały ojciec przyjechał wcześniej z pracy i oznajmił co się dzieje. Chciałem jak niektórzy moi koledzy w swojej naiwności iść walczyć z Niemcami ale ojciec mi to skutecznie wyperswadował  za co jestem mu wdzięczny do dziś. Nasza sąsiadka zaczęła od razu 1 września zbierać od wszystkich mieszkańców naszego familoku składki na flagę Niemiecką. Jeszcze tego samego dnia wieczorem na naszym familoku zawisła ogromna czerwona fana z czarnym hakenkrojcem . Wojska i jakichkolwiek odgłosów wojny nie widziałem i nie słyszałem do 3 września kiedy przyjechali do Janowa na motorze niemieccy żołnierze , ludzie od razu przynieśli im picie i chyba
się myli bo byli bardzo zakurzeni.
Chciałbym się jeszcze zatrzymać na tych pańskich słowach „iść walczyć z Niemcami” proszę to jakoś rozszerzyć.
Z wojskiem powinno walczyć wojsko  a nie dyletanci bo wtedy dochodzi do masakry jak w tym przypadku wysłano harcerzy, którzy jeszcze byli dziećmi tak jakby brakowało dorosłych. Z moich znajomych , którzy się wmieszali gdzieś do tych starć nikt już do domu nie wrócił , nie wiem co się z nimi stało do dzisiaj.
A kiedy o Pana upomniała się armia  tym bardziej , że był Pan wiekowo w najkorzystniejszym okresie .
To była jesień 1942 roku otrzymałem wezwanie do komisji , która mieściła się przy obecnym budynku UW . Komisja stwierdziła jednoznacznie zdolny i tak zostałem żołnierzem III Rzeszy . W bardzo krótkim czasie może nie minął nawet tydzień otrzymałem skierowanie na szkolenie do jednostki piechoty współpracującej z Dywizją Górską , która się mieściła w Sztrasburgu dokąd pojechałem pociągiem pełnym takich jak ja młodych Ślązaków.
Jak Pan się znalazł w tym nowym wcieleniu i w tym nowym świecie.
Na pewno był to pewien wstrząs dla mnie człowieka z Janowa rzuconego do tak dużego zabytkowego miasta jak Sztrasburg ,dochodziły jeszcze do tego problemy językowe  ale tu dałem sobie szybko radę. Miasteczko koszarowe bo tak to wyglądało  mieściło się nieco na uboczu miasta ale połączenia komunikacyjne były wyśmienite co pozwalało na szybkie przemieszczanie. Miasto mi się bardzo podobało i żałuję , że tak krótko tam przebywałem tak , że nie miałem nawet czasu się nim nacieszyć. Szkolenie trwało dwa miesiące no cóż wojna wtedy już szalała.
Proszę cos powiedzieć o tej swojej jednostce , która wydaje mi się ,że miała trochę dość nie typowe zadanie .
Jeśli mam być szczery to na wojnie każda jednostka ma nietypowe zadania. Nasza dywizja miała zabezpieczać i ściśle współpracować z jednostkami górskimi ale na terenach nizinnych i tak też się działo. Pod tym kątem przechodziliśmy szkolenie dość forsowne chociaż dla mnie to była normalka a to wszystko dzięki temu że już to przećwiczyłem w harcerstwie. Mając na uwadze moje przygotowanie sanitarne z harcerstwa wytypowano mnie również na sanitariusza w mojej kompanii. Dywizje Górskie miały swój znak rozpoznawczy szarotkę a myśmy mieli trzy liście dębowe z żołędziami. Po zakończonym szkoleniu zostaliśmy wysłani na front wschodni  na północny zachód    Rosji  w okolice miasta Stara Russa gdzie już Edelwaisi (strzelcy górscy) toczyli zaciekłe walki.
Front , Rosja, krew ,zabici czyli to wszystko czym jest wojna  jak to zaakceptować w młodym wieku
O tym się nie myśli będąc na wojnie tam się jest i robi wszystko żeby przeżyć i to jest priorytetem . Rosja robiła na nas wszystkich ogromne wrażenie swym ogromem tam jest wszystko wielkie rzeki , lasy , stepy i bagna które akurat dominowały na naszym odcinku frontu . Ze względu na te bagna to i walki były ograniczone , trzeba było bardzo uważać aby się nie pogubić i trzymać się głównych traktów bo inaczej bagno mogło człowieka wchłonąć. Z tego okresu przypominam sobie takiego kolegi też Ślązaka Pawła który miał organki włoskie Picolo i pięknie umiał na nich grać. Dostał postrzał w nogi tam na tych bagniskach ale udało się go   opatrzyć,  co   potem   się z nim stało to już nie wiem. Tam podczas skracania frontu tj wycofywania się zostałem po raz pierwszy ranny w nogę. Najpierw był szpital polowy a potem pociągiem do szpitala w Niemczech. Po szpitalu 2 tygodnie  urlopu w jednostce i dwa tygodnie urlopu w domu i to przysługiwało każdemu rekonwalescentowi w Wehrmachcie.
1944 rok bo już dotarliśmy do tego czasu był rokiem ciężkich walk i ciągłego wycofywania się Wehrmachtu na zachód .
Zgadza się o błyskotliwych zwycięstwach już nikt nie pamiętał ale musze również powiedzieć , że to wycofywanie to nie była żadna paniczna ucieczka tylko z góry ustalone przechodzenie na inne pozycje , które najczęściej odbywało się nocą . Tak się działo na moim odcinku nie wiem może na innych odcinkach bywało inaczej. Jako sanitariusz miałem bez przerwy zajęcie nie było dnia żeby kogoś nie poturbowało sam tez oberwałem . Drugi raz byłem ranny ale tylko lekko w rękę a właściwie prawą dłoń  odłamkiem z granatnika a wszystko wydarzyło się podczas marszu. Taką lekką ranę to mi zaleczono w dwa tygodnie w szpitalu polowym i znów na linię. Muszę tutaj zaznaczyć że goiło się na mnie jak na ….Trzeci raz zostałem ranny w lewą rękę to był postrzał i stało się to w nocy to już była ciężka rana. Najpierw był szpital polowy gdzie się okazało , że mam uszkodzone nerwy i nie potrafię ruszać dwoma środkowymi palcami. Następnie był pociąg osobowy i szpital pod Wrocławiem . Nie pamiętam ale przebywałem tam dosyć długo, leczenie a potem rehabilitacja ale dwa palce pozostały sztywne do dzisiaj. Pomimo dwóch sztywnych palców zostałem uznany za zdolnego do dalszego wojowania i wysłany na front .
Widmo zbliżającej się klęski czy to nie nasunęło panu myśli o przejściu na stronę przeciwnika.
Nic takiego nie mogło się zdarzyć  bo dobrze wiedziałem że druga strona to jest inny świat do , którego wcale mnie nie ciągnęło wręcz odwrotnie . Poza tym po paru latach pobytu na froncie człowiek przyzwyczaja się do tego wszystkiego co tworzy wspólnotę żołnierską. Mogę z całą stanowczością stwierdzić iż Armia Niemiecka dbała o swoich żołnierzy  we wszystkich aspektach co powodowało , że człowiek czuł się związany z tą instytucją. Żołnierz musi być zawsze syty wtedy myśli o wojowaniu , żołnierz głodny nie myśli  o wojowaniu ale o tym jak się najeść , wtedy wojsko przestaje być wojskiem a staje się bandą rabusi. Doskonała organizacja , logistyka , technika wojskowa oraz profesjonalizm dowódców powodowały , że żołnierz nie przestawał wierzyć  w zwycięstwo . Pod koniec 1944roku zostałem kolejny raz ranny odłamkiem w szyję i skierowano mnie do jednostki samych rekonwalescentów. Poprzednia tego typu jednostka została skierowana na Śląsk , miałem nadzieję że moja też ale tak się nie stało. Transport odbywał się tylko nocą ,mijane miejscowości były opustoszałe a napisy zamazane także nie wiedziałem nawet gdzie się znajduję ale  w końcu udało mi się ustalić  Kożle i Głuchołazy miasta mijane , wtedy wiedziałem kierujemy  się na Czechy a potem na Budapeszt.
Węgry poza ciężkimi walkami były dla Wehrmachtu prawie końcówką.
Tak tu się zgadzam to był początek szybkiego końca , zaczynało być dużo improwizacji , wszystkiego zaczęło brakować a przeciwnik atakował i trzeba było jakoś sobie radzić. Bez przerwy w odwrocie i ciągłych walkach dotarliśmy do miasta Hajduszo Boszlo nie wiem czy nazwa prawidłowo napisana , do którego trafiłem po wojnie do sanatorium  dlatego tak dobrze go zapamiętałem. Podczas tych ostatnich dni wojny dochodziło do wielu bardzo dramatycznych wydarzeń tym bardziej że te ostatnie starcia wbrew wielu pozorom miały bardzo krwawy charakter gdyż nikt nie chciał się poddać sowietom wiedząc co tam czeka jeńców wojennych. Dlatego w kierunku zachodnim przedzierały się cały grupy najprzeróżniejszych formacji tocząc desperacką walkę aby dotrzeć do linii zachodnich aliantów. Podczas tych ostatnich akordów wojennych miałem bardzo traumatyczne przeżycia , które spowodowały że tylko w ciągu jednej nocy osiwiałem jak gołąbek. Ja i cała moja kompania zostaliśmy zgarnięci do niewoli   10 maja ale przez Czerwoną Armie. Przetrzymywano nas wojskowych razem z cywilami Węgrami , którzy byli przeznaczeni do deportacji w głąb Rosji. Nieprawdopodobny bałagan i rozgardiasz panujący w tym zbiorowisku ludzkim , zaowocował myślą , że mógłbym odłączyć się i spróbować dotrzeć do domu. Gdy rozpoczęto nas pędzić w niekończących się kolumnach w kierunku najbliższej stacji kolejowej to na następny dzień oderwałem się od kolumny i rozpocząłem marsz na północ. Starałem się omijać duże skupiska ludzkie i od czasu do czasu przyłączałem się do różnych  wędrowców , którzy wracali w rodzinne strony dzięki temu mogłem podróżować bezpieczniej i wygodniej bo na furach. Przez Słowację i Czechy dotarłem 30 maja do Katowic –Janowa
W domu  to chyba była wielka radość wszystkich.
Ja  to się najbardziej cieszyłem z tego , że wróciłem cały i zdrowy do domu  po trzech latach bycia na froncie II wojny światowej. Moi bracia również przeżyli ale jeden pozostał w Niemczech. Byłem wtedy jeszcze młody i chciałem się uczyć zdecydowałem się zapisać do liceum w Mysłowicach . 1 września biegłem do tej szkoły pieszo z ogromnym entuzjazmem ale dyrektor z kwaśną miną oznajmił mi , że byli wermachtowcy nie mają prawa do nauki w polskiej szkole. Wtedy zrozumiałem ,
że w tej nowej Polsce wszyscy tacy jak ja to mamy prawo co najwyżej do ciężkiej roboty. Dzisiaj gdy już jestem od lat na emeryturze to państwo niemieckie o mnie nie zapomniało pomimo , że mieszkam w Polsce .
Dziękuję za rozmowę i życzę dużo zdrowia.
Marian Kulik.