Jynzyk s'loonski to sprawa, jako mie
bardzo
mocno
interesuje, morze
nawet jes to moja obsesjo.
Jerzeli hcymy, rzeby nasza kulura przetrwaua, muszymy miec' jynzyk.
Moim
zdaniym to jes nojwarzniejsze.
Rzeby nasza mowa szuo nazwac' jynzykiym, musi uoona speunic' dwa
warunki:
- musi noom dac' poczucie swojskos'ci,
- musi sie kojarzyc' z czyms' piyknym, musi dowac'
poczucie piykna
ludzioom sie nioom posugujooncym.
To drugie jes bardzo warzne. Jynzyk mo bardzo srogi wpuyw na psychika
cowieka. Dopuki niy bydziymy mieli poczucio, rze nasz jynzyk jes
piykny,
bydziymy sami siebie i siebie nawzajym uwarzac' podswiadoomie za
gorszych
i
zawsze bydziymy przegrywac' z innymi (na wuasne rzyczynie). Sprawny
i piykny
jynzyk to kolosalny boonus dziynki kierymu ludzie z innych stroon
s'wiata
mogoom sie peunij uozwinoonc' i bez to majoom nad nami przewaga.
Zdaje mi sie, rze my wszyscy niy zdowoomy se z tego
sprawy. Hcymy
godac', ale niy dboomy uo to, rzeby godac' piyknie.
Rzeby jynzyk dowou poczucie piykna, po piyrsze musi
byc'
uporzoondkowany. Niy morze byc' tak, rze karzdy to samo suowo pisze
inaczyj.
Reguuy pisownie muszoom byc' przejrzyste i logiczne. Poza tym musi
byc
uporzoondkowane suownictwo i gramatyka. Niy morze byc' tak, rze w
suowniku
(na stroonie RepublikaSilesia) pod literoom "g" jes i suowo "glacok"
i
"gupielak". Trza sie zdecydowac', czy bydziymy urzywac' s'loonskij
koon'coowki "-ok" czy mazowieckij "-ak". Przejrzystosc', logika i
uporzoondkowanie soom (wbrew tymu co sie dzisiej niy roz pisze)
istotnym
warunkiym piykna. Dziwi mie, rze S'loonzoki, kierzi podobno majoom
zamiuowanie do porzoondku, do tyj pory niy zadbali uo to, rzeby
uporzoondkowac' swooj jynzyk!
Po drugie, muszoom sie znojs' ludzie, kierzi
pokorzoom
noom, jak tego
naszego jynzyka jynzyka piyknie urzywac'. Muszoom sie pojawic' wiersze,
powies'ci, epopeje itp, rzeby byuo sie na czym wzorowac' i kogo
nasladowac'.
A wszyscy muszoom dbac' uo to, rzeby po s'loonsku niy godac' byle jak.
To tyla uo jynzyku. Jak na obsesjo - styknie.
Joozek,
Politehnika Gliwicko
Nasze narzecze jest pociemnia³e i twarde
Jak drzewo, które d³ugo le¿a³o pod wodš.
W naszym narzeczu mówimy niewyraŸnie i
Cicho, bowiem jêzyki nasze sš podciête.
Nasze narzecze rozumie Pan Bóg, a tak¿e
Œmieræ - czujemy to wieczorami, przed zaœniêciem.
Jan Goczo³
Potrzebujemy jêzyka !
Nasza mowa wymiera. Jak mówi czasami prof. Miodek,
„wycofuje
siê”. Mo¿na jš jeszcze us³yszeæ na terenach
wiejskich,
zdala od centrów kulturalnych, raczej od ludzi starszych
wiekiem.
M³odzi mieszkañcy miast, ludzie lepiej wykszta³ceni,
choæ
przewa¿nie jeszcze nieŸle jš rozumiejš, nie chcš siê
ju¿
niš pos³ugiwaæ.
Dla wielu ludzi nie znajšcych mowy œlšskiej z domu, gdzie
u¿ywa³o
siê jej w sposób naturalny, lub s³abo jš
pamiêtajšcych,
mówienie po œlšsku oznacza po prostu mówienie byle jakš
„wsiowš”
lub slangowš polszczyznš. Wielokrotnie spotka³em Polaków,
którzy
wyczuwajšc mój œlšski akcent, byæ mo¿e chcšc mi
zrobiæ
przyjemnoœæ, starali siê mówiæ do mnie, jak im
siê wydawa³o, po œlšsku. W istocie mówili byle jakš
polszczyznš,
wplatajšc w niš parê znanych z kabaretów niemiecko
brzmišcych
s³ów, ca³e mnóstwo polskich
wyra¿eñ
slangowych a tak¿e co nieco wulgaryzmów. Walnie do
rozpowszechnienia
siê tego przekonania przyczyniajš siê media, które
lansujš
kabaretowo - jarmarczny i prymitywny model œlšskoœci.
Tak¿e i my, Œlšzacy wyroœli i wychowani w œlšskich domach, w
„atmosferze” œlšskiej mowy, choæ jš kochamy, te¿ w jakiœ
sposób
mamy poczucie jej brzydoty i gorszoœci. Bez psychicznych barier
potrafimy
rozmawiaæ po œlšsku z rodzeñstwem, z rodzicami i krewnymi.
Do nich „goda³o sie” od zawsze, przed nimi nie ma sensu siê
ukrywaæ. W kontaktach z nieznajomymi mówienie „po naszymu”
przychodzi nam z trudnoœciš. Nie umiemy te¿ rozmawiaæ po
œlšsku
z ludŸmi, przed którymi czujemy respekt, z
prze³o¿onymi,
ze starszymi, z nauczycielami. Pracujšc jako nauczyciel na uczelni
wielokrotnie
zaobserwowa³em to zjawisko, próbujšc na zajêciach
zagadywaæ
gwarš do studentów, aby i ich sprowokowaæ do tego samego.
Czêsto wychodzi³ z tego be³kot. Widzia³em,
¿e
oni, mimo ¿e chcš mówiæ po œlšsku, jakoœ nie
potrafiš.
Zaczynajš siê jškaæ, mieszajš s³owa polskie ze
œlšskimi
a tak¿e z ró¿nymi wyra¿eniami slangowymi.
Rozmawianie z kimœ „po naszymu” tršci pewnš poufa³oœciš,
która
k³óci siê z dystansem, jaki odczuwamy w stosunku do
niektórych
ludzi. Nie potrafimy w naszej mowie znaleŸæ form adekwatnych do
wyra¿ania
szacunku, jaki w naturalny sposób z naszej strony pewnym osobom
siê nale¿y. Nie umiemy mówiæ w sposób
elegancki i uroczysty.
Wielkim i smutnym szokiem by³o dla mnie odkrycie, ¿e dwaj
moi znajomi, rodowici Œlšzacy, do swoich ma³ych dzieci
mówiš
po polsku. Sami na co dzieñ mówiš gwarš, tak rozmawiajš
ze
swoimi ¿onami, tak zwracajš siê do krewnych. Kiedy
zapyta³em
dlaczego, us³ysza³em, ¿e to jakoœ samo tak
wysz³o,
¿e inaczej nie potrafiš. Mówili to ze smutkiem,
myœlê
wiêc, ¿e nie ma w tym wyrachowania i konformizmu. Nasza
mowa
nie daje poczucia piêkna. Podobnie jak my, mówišc do
kogoœ,
komu chcemy okazaæ szacunek, podœwiadomie czujemy, ¿e
bardziej
adekwatne bêdzie u¿ycie jêzyka literackiego, tak
rodzice,
chcšc swym dzieciom daæ to, co najlepsze, podœwiadomie przechodzš
na polski.
Jesteœmy wiêc rozdarci, jak ta Judymowa sosna. Z jednej strony
nasza mowa kojarzy siê nam z tym, co bardzo osobiste i intymne, z
naszym domem rodzinnym, ze swojskoœciš, z bezpieczeñstwem, z
mi³oœciš.
Chcemy wiêc jš zachowaæ. Z drugiej strony czujemy,
¿e
jest ona gorsza, brzydsza, ¿e brak w niej piêkna. W naszym
narzeczu mówimy wiêc niewyraŸnie i cicho bo jêzyki
nasze
sš podciête ...
To odczucie gorszoœci, bylejakoœci jêzyka automatycznie przenosi
siê na ludzi siê nim pos³ugujšcych. Sami postrzegamy
naszych
pobratymców jako bardziej pospolitych, mniej godnych szacunku.
Ch³opcy
godajšcy po œlšsku uwa¿ani sš za mniej atrakcyjnych, dziewczyny
za brzydsze. Ten stosunek dotyczy wreszcie samooceny cz³owieka.
Sami
siebie oceniamy jako mniej wartoœciowych. Wobec Polaków
mówišcych
„poprawnie” po polsku odczuwamy kompleks ni¿szoœci. Albo
t³umišc
w sobie ¿al próbujemy siê do nich dostosowaæ,
albo zazdroszczšc im separujemy siê i okopujemy w naszej
œlšskoœci,
razem z jêzykiem odrzucajšc wy¿szš kulturê,
piêkno
i intelekt.
Wielokrotnie zastanawia³em siê, dlaczego tak jest.
Co jest Ÿród³em upoœledzenia naszej mowy. Niewštpliwie
ogromne
znaczenie majš tu przyzwyczajenia ludzi, nabyte podczas
dziesiêcioleci
pieczo³owitego niszczenia jej, rugowania ze szkó³,
mediów
i innych miejsc publicznych oraz przedstawiania jej jako mowy
niewykszta³conych
wieœniaków i roboli, niegodnej cz³owieka kulturalnego. Ale
czy przyczyna takiego stanu rzeczy jest tylko na zewnštrz? Dlaczego
nasza
mowa nie daje tego odczucia piêkna, które mamy
s³uchajšc
np. poezji w dobrym wykonaniu, albo oglšdajšc przedstawienie teatralne.
Czy przyczyna po czêœci nie tkwi w nas samych, poniewa¿
sami
nie szanujemy naszej mowy mówišc chaotycznie i byle jak? Czasami
mo¿na jeszcze us³yszeæ starszych ludzi godajšcych
piêknie,
a¿ serce roœnie i chce siê ich s³uchaæ i
s³uchaæ.
Oni pamiêtajš jêzyk, jakiego u¿ywa³o siê
dawniej, kiedy jeszcze nie by³o telewizji a w niej „Nauki jazdy” i
„Œwiêtej wojny”. Jak niestety rzadkie jest to zjawisko!
Có¿ jest przyczynš takiego a nie innego odczucia
estetycznego? Dlaczego jedne rzeczy odczuwamy jako piêkne, a inne
jako brzydkie? Czy sš to tylko pewne przyzwyczajenia ludzi, moda,
która
siê zmienia i ka¿e nam raz lubiæ ma³e zielone
samochody
o kanciastych kszta³tach, a za dwa lata auta du¿e, bordowe
i raczej zaokršglone? To te¿. Ale czy jest pod tym ca³ym
blichtrem
coœ, co siê nie zmienia co sezon, jakaœ trwa³a i prawdziwa
wartoϾ?
Myœlê, ¿e tak. Zapewne zaprotestuje teraz wiele
postmodernistycznych
autorytetów, ale moim zdaniem warunkiem koniecznym (choæ
nie
wystarczajšcym), ¿ebyœmy mogli odczuwaæ coœ jako
piêkne
jest pewna starannoœæ „wykonania”, wewnêtrzna
spójnoœæ
i logika, harmonia i porzšdek. Dlatego wolimy rzeczy wykonane porzšdnie
od tych zrobionych tandetnie. Dlatego lepiej czujemy siê
rozmawiajšc
z kimœ uczesanym i ubranym porzšdnie ni¿ z kimœ rozczochranym
ubranym
w zwisajšce spodnie z których wystaje pognieciona koszula.
To powišzanie piêkna z porzšdkiem by³o intuicyjnie
odczuwane przez ludzi od dawna, myœlê nawet, ¿e dawniej
by³o
ono odczuwane znacznie wyraŸniej ni¿ obecnie. Dlatego Polacy
s³owo
„³adny” wywiedli od s³owa „³ad”. Dlatego s³owo
„kosmetyki”,
czyli upiêkszacze, pochodzi od greckiego s³owa „kosmos”
oznaczajšcego
w³aœnie porzšdek, ³ad, który Grecy przeciwstawiali
chaosowi,
czyli nieporzšdkowi i zamieszaniu.
Problem polega na tym, ¿e nasza mowa tego podstawowego warunku
nie spe³nia. Nasza mowa nie jest uporzšdkowana. Nasza mowa jest
chaosem
a nie kosmosem i dlatego tak trudno jest nam mówiæ
porzšdnie
i piêknie, dlatego czêsto odczuwamy jš jako brzydszš i
gorszš.
I myœlê, ¿e wielu z nas uwierzy³o ju¿,
¿e
tak to ma byæ. Tak jak kiedyœ polska szlachta wierzy³a,
¿e
„Rzeczpospolita nierzšdem stoi”, tak my za resztš kraju pozwoliliœmy
siê
przekonaæ, ¿e istotš mówienia po œlšsku jest po
prostu
mówienie byle jak po polsku. Oklaskujemy i wynosimy na szczyty
popularnoœci
ludzi czêsto prymitywnych, sprowadzajšcych naszš mowê i
tradycjê
do poziomu rynsztoka.
To poczucie piêkna jêzyka, a raczej jego brak,
oddzia³uje
i na nasze zewnêtrze i na nasze wnêtrze. W
oddzia³ywaniu
na zewnštrz jêzyk mo¿na by przyrównaæ do
ubrania.
Ka¿dy z nas chce siê ubieraæ starannie i
³adnie.
Nie mam tu na myœli gonienia za ka¿dš nowš modš. Mam na myœli
to,
co jest zdrowe, czyli unikanie niedbalstwa. Naturalne jest, ¿e
chcemy
byæ schludni i ubieraæ siê w czyste, wyprane rzeczy.
Na specjalne okazje, np. wtedy gdy chcemy podkreœliæ uroczysty
charakter
jakiegoœ wydarzenia, albo komuœ okazaæ szacunek, ubieramy
siê
szczególnie elegancko. Uwa¿alibyœmy za gruby nietakt,
gdyby
ktoœ poszed³ do œlubu w potarganych d¿insach. Podobnie nie
wypada iœæ na sumê do koœcio³a w przepoconej
podkoszulce,
adidasach i szortach - nie idzie siê przecie¿ na spotkanie
z byle kim, tylko z samym Panem Bogiem. Jêzyk pe³ni podobnš
funkcjê „zewnêtrznš”. Spotykajšc ludzi chcemy
„ubieraæ
siê” w porzšdny, czysty i schludny jêzyk. Jeœli do naszego
rozmówcy mówimy byle jak, manifestujemy w ten
sposób
brak szacunku. Podobnie, jeœli ktoœ mówi do nas ³adnie,
postrzegamy
go jako wartoœciowszego cz³owieka i sami te¿ czujemy
siê
dowartoœciowani, bo okazano nam szacunek.
Ale jêzyk ma te¿ funkcjê wewnêtrznš.
Jêzyk
jest nie tylko narzêdziem do komunikowania siê ludzi
miêdzy
sobš. Jest to te¿ narzêdzie do komunikowania siê
cz³owieka
z samym sobš. Jêzyk jest w pewnym sensie „ubraniem” dla naszego
intelektu,
albo inaczej „narzêdziem do myœlenia”. Myœlimy zawsze w jakimœ
jêzyku.
Nawet jeœli nie wszystkie myœli wypowiadamy na g³os, zawsze
formu³ujemy
je za pomocš jêzyka. Uwa¿am wiêc, ¿e
kszta³t
tego „ubrania”, albo sprawnoœæ „narzêdzia” majš kolosalny
wp³yw
na to, co myœlimy i kim jesteœmy. Jak skar¿š siê czasami
fizycy
i filozofowie, wielu rzeczy nie potrafimy zrozumieæ, bo w znanym
nam jêzyku brakuje odpowiednich s³ów i konstrukcji,
¿eby
je wyraziæ. Jeœli nasz jêzyk jest nieuporzšdkowany i byle
jaki,
ca³e nasze myœlenie jest byle jakie. Jeœli nasz rozum jest byle
jaki,
ca³e nasze ¿ycie jest byle jakie. Je¿eli sam do
siebie
mówiê byle jak, to znaczy, ¿e sam sobie nie
okazujê
szacunku i sam siebie uwa¿am za mniej wartoœciowego.
Czêsto
wydaje mi siê, ¿e wielu z nas z tej bylejakoœci
uczyni³o
swojš ¿yciowš filozofiê. Jest to rodzaj jakiegoœ
samobójstwa
duchowego. I powstaje w naszej psychice g³êbokie
pêkniêcie,
bo przecie¿ z drugiej strony cenimy sobie ³ad i porzšdek.
P³k. Ignacy Kowalczewski, oficer z polskiego garnizonu
stacjonujšcego
przed wojnš w Tarnowskich Górach, napisa³ w swoim
pamiêtniku:
„Niewštpliwie górujemy nad Œlšzakami kulturš spo³ecznš i
towarzyskš,
a szczególnie najdoskonalszym narzêdziem ludzkim - mowš
poprawnš.
Choæ wielu z nich stoi od nas na pewno znacznie wy¿ej pod
wzglêdem intelektualnym, czy te¿ mo¿liwoœci
materialnych
...” Czy czasem tu nie tkwi Ÿród³o naszego
upoœledzenia
w ¿yciu spo³ecznym, naszego wiecznego kompleksu
ni¿szoœci,
który ka¿e nam dystansowaæ siê od kultury i
edukacji,
który powstrzymuje nas przed podejmowaniem ¿yciowych i
cywilizacyjnych
wyzwañ i sprawia, ¿e na wolnym rynku idei i dóbr
znowu
jakby zaczynamy pozostawaæ w tyle, choæ podobno jesteœmy
pracowitsi,
bardziej zdyscyplinowani i wytrwali? Czy nie jest to jedna z przyczyn
tego,
¿e lud porównywalnie liczny jak niejeden europejski
naród
nie potrafi wydaæ z siebie doœæ ludzi œwiat³ych,
wreszcie
pochodzšcych stšd, którzy potrafiliby wyprowadziæ region z
zapaœci? Czy to, ¿e cišgle przegrywamy z przyjezdnymi ze Wschodu
i z Zachodu nie wynika z tego, ¿e oni majš nad nami tê
kolosalnš
przewagê w postaci najdoskonalszego narzêdzia ludzkiego -
mowy
poprawnej ?
Nie samym chlebem cz³owiek ¿yje. Cz³owiek potrzebuje
piêkna. Pan Bóg stworzy³ nas na swoje
podobieñstwo
i wpisa³ w nasze serca têsknotê do piêkna razem
z pragnieniem dobra. Potrzebujemy piêkna tak samo, a mo¿e
nawet bardziej, ni¿ jedzenia i powietrza. Tylko ¿e o ile
zawsze ceniliœmy dobroæ, to nasza ascetyczna mentalnoœæ
kaza³a
nam siê do piêkna odnosiæ z rezerwš. Traktowaliœmy je
zawsze nieco podejrzliwie, mylšc je z blichtrem i przemijajšcš modš,
uwa¿ajšc
je za zastrze¿ony dla mo¿nych tego œwiata zbytek i
fanaberiê
a nawet za grzech. Rzadko te¿ go szukaliœmy. Obawiam siê,
¿e nie potrafiê nawet w naszej godce znaleŸæ
s³owa
odpowiedniego do nazwania tego pojêcia!
A natury ludzkiej oszukaæ siê nie da. Od pewnego czasu
zastanawia mnie pewien fenomen. Œlšsk zawsze s³ynš³ z
zami³owania
do muzyki. Podobno mamy obecnie na Œlšsku najprê¿niejsze
œrodowisko
muzyczne w Polsce a œlšscy kompozytorzy znani sš na œwiecie.
Ksiê¿a
z kolei chwalš œpiew wiernych w koœciele, który podobno cišgle
jeszcze
wyraŸnie odró¿nia nas od reszty kraju. Czy nie ma tu
kontrastu
w stosunku do ubóstwa naszego regionu w dziedzinie sztuk
zwišzanych
ze s³owem, tj. literatury i teatru? Czy nie jest tak, ¿e
wobec
braku jêzyka, który by³by nasz i jednoczeœnie
by³by
wystarczajšco szlachetnym i doskona³ym tworzywem dla
twórczoœci
artystycznej, nasza têsknota za piêknem wyra¿a
siê
w muzyce, która podobno jest „jêzykiem
miêdzynarodowym”?
Czy nie jest to œwiadectwo jakiegoœ okaleczenia? Bo muzyka jest
jêzykiem
serca a nie umys³u i normalnego jêzyka zastšpiæ nie
mo¿e.
Jeœli wiêc chcemy przetrwaæ, jeœli chcemy siê
normalnie
rozwijaæ, potrzebujemy jêzyka. Potrzebujemy jêzyka,
który
by³by nasz, tj. dawa³ nam poczucie swojskoœci, i jednoczeœnie
dawa³ nam poczucie piêkna. Warunkiem koniecznym
przywrócenia
naszej mowie piêkna jest jej uporzšdkowanie. Dziwiê
siê,
¿e Œlšzacy, podobno majšcy przywišzanie do porzšdku „zakodowane
w genach”, nie zdobyli siê do tej pory na to, ¿eby
uporzšdkowaæ
swojš mowê!
Œrodkiem do uporzšdkowania naszej mowy jest jêzyk pisany.
Dlaczego
jêzyk pisany? Po pierwsze dlatego, ¿e porzšdkujšc naszš
mowê
musimy siê jej niejako na nowo nauczyæ. Forma pisana jest
mniej
ulotna ni¿ mówiona. Znacznie ³atwiej jest
rozpowszechniaæ
teksty pisane ni¿ nagrania dŸwiêkowe. Znacznie
³atwiej
jest siê z nich uczyæ. Po drugie, jêzyk pisany, jako
bardziej trwa³y i ³atwiejszy do udokumentowania od
mówionego,
wymusza wiêkszš starannoœæ. Pisanie po œlšsku zmusi nas do
u¿ywania naszej mowy z wiêkszym szacunkiem, namys³em
i w sposób bardziej œwiadomy.
Wielokrotnie s³ysza³em opinie, ¿e nie jest nam
potrzebny
standard jêzyka pisanego. Mo¿na przecie¿
zapisywaæ
teksty „fonetycznie”, u¿ywajšc regu³ ortograficznych
jêzyka
polskiego, do których przywykliœmy. Tymczasem ka¿dy
cz³owiek
mówi trochê inaczej, a s³yszy jeszcze inaczej. Jeœli
ka¿dy bêdzie zapisywa³ s³owa tak, jak je
s³yszy
i jak mu siê wydaje, ¿e jest dobrze, powstanie z tego
tylko
zamieszanie. W³aœnie z takš sytuacjš mamy do czynienia w tej
chwili.
Ostatnio przecie¿ nawet doœæ sporo pisze siê po
œlšsku
a tak¿e w innych gwarach. I okazuje siê, ¿e tzw.
pisownia
„fonetyczna” jest w rzeczywistoœci tylko pewnš gwarowš stylizacjš
standardowej
polszczyzny, w dalece niedoskona³y sposób odzwierciedlajšcš
fonetykê mowy, która jest zapisywana. Ktoœ, kto nie zna
gwary
z domu, nie jest w stanie takiego tekstu dobrze przeczytaæ. Z
tego
powodu wspania³š ksiš¿kê kœ. Tischnera „Historia
filozofii
po góralsku” trzeba by³o uzupe³niæ kilkoma
kasetami
magnetofonowymi z nagranš mowš prawdziwych Podhalan!
Na dodatek, czego zresztš mo¿na siê by³o
spodziewaæ,
ka¿dy autor zapisuje „fonetycznie” jêzyk inaczej. Zdarza
siê,
¿e w tekstach tego samego autora to samo s³owo zapisywane
jest
na kilka sposobów. To potêguje odczucie chaosu i
niedoskona³oœci
naszej mowy. To bardzo utrudnia odbiór tekstów, bo
cz³owiek
czyta oczami a nie uszami! Jeœli nie ma przejrzystych regu³
ortograficznych
i gramatrycznych, jeœli nie ma ustalonego sposobu zapisywania
poszczególnych
s³ów, jeœli ka¿dy robi to inaczej, to czytajšc taki
tekst musimy sobie ka¿de s³owo niejako
powtórzyæ
w myœlach, ¿eby je zrozumieæ. To sprawia, ¿e
czytanie
jest czasoch³onne i mêczšce. W taki sposób czytajš
tylko
dzieci uczšce siê czytaæ. Doros³y cz³owiek czyta
oczami, bez powtarzania s³ów w pamiêci kojarzšc do
razu
cišg znaków z jego znaczeniem. Postêp cywilizacyjny
wymusza
na nas koniecznoœæ szybkiego „przetwarzania” coraz
wiêkszych
iloœci informacji tekstowej. Ostatnio modne sta³o siê nawet
tzw. szybkie czytanie. Ludzie sš sk³onni drogo p³aciæ
za
naukê tej umiejêtnoœci, organizuje siê zawody, a
najlepsi
sš podobno w stanie przeczytaæ kilkusetstronicowš
ksiš¿kê
w pó³ godziny. Jeœli nie dopracujemy siê powszechnie
zaakceptowanego standardu, wtedy pisany œlšski nigdy nie stanie
siê
sprawnym narzêdziem porozumiewania siê ludzi miêdzy
sobš.
Jêzyk pisany w pewnym stopniu “¿yje” niezale¿nie
od jêzyka mówionego. Mšdrze przemyœlany i nie
uzale¿niony
sztywno od wymowy standard jêzyka pisanego stwarza przy tym
szansê
na to, ¿e bêdziemy mieli jedno œlšskie pismo a
mieszkañcy
poszczególnych czêœci naszej ma³ej ojczyzny
bêdš
mogli zachowaæ specyficzne cechy swoich gwar, które, jak
wiadomo,
ró¿niš siê od siebie.
Nie oszukujmy siê, ¿e we wspó³czesnym
zglobalizowanym
œwiecie, pod ogromnym naciskiem mediów, nasza mowa przetrwa
d³ugo
jako gwara. W tej chwili wydaje siê, ¿e obserwujemy jej
„rewitalizacjê”,
wydawane sš ró¿ne ksiš¿ki po œlšsku, organizuje
siê
konkursy gwary itp. Jednoczeœnie z „rewitalizacjš” obserwujemy jednak
tendencjê
do zamykania naszej mowy w swoistym cepeliowym rezerwacie albo muzeum
osobliwoœci.
S³ysza³em jakiœ czas temu wypowiedŸ prof. Miodka,
który
stwierdzi³, ¿e bardzo nie lubi, gdy do konkursu „Po
naszymu,
po œlšsku” zg³aszajš siê ludzie mówišcy gwarš z
nalecia³oœciami
inteligenckimi, tj. wtršcajšcymi do swoich wypowiedzi wymawiane po
œlšsku
s³owa zapo¿yczone z polskiego a oznaczajšce
ró¿ne
pojêcia abstrakcyjne. Prof. Miodek stwierdzi³, ¿e to
nie jest autentyczna gwara i ¿e on jako juror takich
kandydatów
natychmiast odrzuca. W takim stwierdzeniu zawarte jest przekonanie,
¿e
po pierwsze gwara jest jêzykiem zarezerwowanym tylko dla ludzi
niewykszta³conych,
po drugie, ¿e gwara musi byæ jêzykiem ju¿
zamkniêtym,
tj. ¿e nie mo¿e ona rozwijaæ siê,
przyjmowaæ
nowych s³ów i rozszerzaæ swojego zakresu
zastosowania.
Oznacza to w istocie jej zamkniêcie w rezerwacie hasioka,
familoka
i nudelkuli. W miarê, jak Œlšzacy pos³ugujšcy siê
swojš
mowš bêdš siê coraz lepiej kszta³ciæ i
wzbogacaæ
swoje s³ownictwo, w miarê jak zmieniajšce siê warunki
¿ycia spowodujš odchodzenie w przesz³oœæ starych
sprzêtów,
zawodów, czynnoœci i sposobów ¿ycia, coraz mniej
ludzi
bêdzie w stanie spe³niæ tak zdefiniowane kryterium
autentycznoœci
gwary - stanie siê wiêc ona jêzykiem martwym. O ile
kiedyœ
naszej mowie szykowano „œmieræ gwa³townš” poprzez
szykanowanie
ludzi siê niš pos³ugujšcych, to takie podejœcie
nazwa³bym
zabójstwem z podaniem œrodków znieczulajšcych, czyli
eutanazjš.
Nie chcemy rezerwatu! Chcemy, aby nasza mowa ¿y³a, chcemy
jej
u¿ywaæ na co dzieñ w ró¿nych
sytuacjach
i okolicznoœciach!
I nie zmieni tej sytuacji napisanie stu nowych s³owników
gwarowych. Pisanie kolejnego s³ownika gwarowego tym
ró¿ni
siê od pracy nad uporzšdkowaniem jêzyka, ¿e jest
tylko
biernym dokumentowaniem istniejšcego stanu rzeczy, np. po to,
¿eby
ocaliæ od ca³kowitego zapomnienia to, co zanika. Jest to
zbieranie
eksponatów do muzeum, po to, ¿eby za jakiœ czas
nowoczesny
cz³owiek móg³ sobie w tym muzeum pooglšdaæ
ró¿ne
dziwaczne sprzêty, których ju¿ siê dawno nie
u¿ywa. Praca nad jêzykiem zak³ada natomiast
dš¿enie
do jego wydoskonalenia po to, ¿eby go u¿ywaæ i
¿eby
ludzie mogli sprawniej siê swojš mowš pos³ugiwaæ w
zmieniajšcej
siê rzeczywistoœci.
I to jest w³aœnie moim zdaniem najistotniejsza
ró¿nica
miêdzy jêzykiem a gwarš. Nie ma tu znaczenia to, czy
eksperci
uznajš, ¿e nasza mowa wystarczajšco ró¿ni
siê
od polskiego, ¿eby jš nazwaæ jêzykiem. Nie ma sensu
siê o to k³óciæ. Jeœli nasza mowa zostanie
nazwana
dialektem, mówmy o skodyfikowanym dialekcie, jeœli nazwš jš
gwarš,
mówmy o literackiej formie gwary. Istotne jest to, czy
zdobêdziemy
siê na pracê nad jej uporzšdkowaniem i wydoskonaleniem.
Aby przeciwstawiæ siê negatywnym stereotypom i
przywróciæ
naszej mowie piêkno, sami musimy siê nauczyæ
piêknie
jej u¿ywaæ. Potrzebujemy ludzi, którzy
poka¿š
nam na nowo, jak to zrobiæ, jak mo¿na siê naszš mowš
pos³ugiwaæ piêknie, ozdobnie i elegancko. Potrzebujemy
wiêc literatury: wierszy, pieœni, poematów, powieœci, na
których
bêdziemy mogli siê wzorowaæ. Uporzšdkowana, logiczna
struktura jêzyka jest czymœ w rodzaju rusztowania albo szkieletu,
w oparciu o który mo¿e powstaæ piêkny
utwór.
Utalentowanych pisarzy i poetów nie mo¿na
zaplanowaæ
i „wyprodukowaæ”. O to mo¿emy siê tylko
modliæ.
Mo¿na natomiast zrobiæ ten pierwszy krok i daæ im
„narzêdzie”
w postaci szlachetniejszej formy jêzyka. Mo¿emy te¿
stworzyæ atmosferê sprzyjajšcš rozwojowi potencjalnych
talentów.
Nie oszukujmy siê te¿, ¿e nie bêdzie nas
to nic kosztowa³o. Opracowanie standardu bêdzie
wymaga³o
od nas wielkiej pracy. Przy pracy tej nieocenionš pomocš mogš wprawdzie
byæ chcšcy pisaæ po naszymu entuzjaœci amatorzy, ale
decydujšcš
jej czêœæ powierzyæ trzeba dysponujšcym odpowiedniš
wiedzš
specjalistom. Tych specjalistów musimy znaleŸæ, musimy im
stworzyæ odpowiednie zaplecze i warunki. Musimy te¿
zdobyæ
siê na pewien kompromis, bez którego nie da siê
stworzyæ
jednego standardu wspólnego dla wszystkich. Ten kompromis nie
mo¿e
jednak polegaæ na tym, ¿e wiêkszoœæ
przeg³osuje
mniejszoœæ, ale na poszukiwaniu form piêkniejszych,
bardziej
uporzšdkowanych i logiczniejszych. Naszej mowy wszyscy bêdziemy
musieli
siê niejako na nowo nauczyæ. Jednak Œlšsk jakiego chcemy,
Œlšsk
wierny tradycji, ale kreatywny i twórczo wychodzšcy naprzeciw
nowym
wyzwaniom nie spadnie nam z nieba za darmo. Ten Œlšsk bêdzie
wymaga³
wysi³ku, tak¿e intelektualnego. Ale inny Œlšsk nie jest
mo¿liwy.
Œlšsk byle jaki, g³upawy i dziadowski zaprzeczy³by swoim
korzeniom.
Na wysi³ek uporzšdkowania jêzyka zdoby³o siê
wiele
mniejszych spo³ecznoœci europejskich, takich jak
Kataloñczycy,
Baskowie, Walijczycy a tak¿e bliscy nam geograficznie i
etnicznie
Kaszubi. Uwa¿am, ¿e nie jest to zadanie, jakie
przekracza³oby
i nasze mo¿liwoœci.
Przez lata przeœladowañ nauczyliœmy siê, ¿e
sposobem
na zachowanie naszej to¿samoœci jest trwanie przy tradycji
naszych
przodków. Wydaje mi siê, ¿e uparte trzymanie
siê
starych zwyczajów i sposobów ¿ycia sta³o
siê
nawet pewnym wyznacznikiem œlšskoœci. Niestety, w zmieniajšcym
siê
coraz szybciej œwiecie ta tradycja staje siê dla nas coraz
bardziej
wiêzieniem. Bierne powielanie starych schematów
mo¿e
zarówno jednostki, jak i ca³e spo³ecznoœci
doprowadziæ
do katastrofy. Opracowanie jêzyka pisanego, którego
opanowanie
bêdzie wymaga³o intelektualnej aktywnoœci, mo¿e nam
pomóc
wydobyæ siê z zaklêtego krêgu starych
sposobów
¿ycia. Mo¿e ono mieæ kolosalne znaczenie dla
przemiany
naszej mentalnoœci. Bycie Œlšzakiem nie bêdzie ju¿
polega³o
na biernym poddaniu siê starym wzorcom. Bycie Œlšzakiem
bêdzie
wymaga³o aktywnoœci woli i umys³u. Byæ mo¿e
dziêki
temu otworzy siê dla nas œcie¿ka, którš
podš¿ajšc
bêdziemy mogli siê rozwijaæ nie zaprzeczajšc swej
to¿samoœci.
Myœlê, ¿e powstanie jêzyka mog³oby
wyzwoliæ
wielki niewykorzystany potencja³, który, jak uwa¿am,
wciš¿ drzemie ukryty w wielu wspania³ych ludziach,
których
na Œlšsku jeszcze sporo zosta³o.
Nowoczesny jêzyk powinien staæ siê podstawš naszej
to¿samoœci. Paradoksalnie podstawa taka, jako byt niematerilany,
mo¿e w zmieniajšcym siê œwiecie okazaæ siê
trwalsza
ni¿ wszystkie wartoœci i zwyczaje zwišzane z kulturš
przemys³owš,
na które tak chêtnie siê powo³ujemy. Przy tym w
przeciwieñstwie do takich cnót jak pracowitoœæ czy
uczciwoœæ, które majš charakter uniwersalny, jêzyk
jest
wartoœciš unikalnie nasza, pozwoli wiêc on nam
wyró¿niæ
siê spoœród ogó³u.
Obawiam siê, ¿e jeœli na wysi³ek uporzšdkowania
jêzyka
siê nie zdobêdziemy, nasza mowa skazana jest na wymarcie.
Jeœli
chcemy sobie zaoszczêdziæ problemów i cierpienia,
powinniœmy
jak najszybciej o niej zapomnieæ i przejœæ na standardowy
polski.
Tylko czy Œlšsk bêdzie wtedy jeszcze Œlšskiem, czy Œlšzacy
bêdš
Œlšzakami. Czy nie bêdzie tak, ¿e pozostanie po nas tylko
nazwa geograficzna i rezerwat - parê starych strojów w
muzeum,
no i mo¿e jeszcze „krupniaki” w karczmie piwnej na
„barborkê”?
Myœlê, ¿e tak naprawdê wszyscy i ci, którzy
jeszcze próbujš walczyæ, i ci, którzy ju¿
stracili
nadziejê, instynktownie czujemy, ¿e to by³by koniec.
Gdzieœ g³êboko w naszych sercach wiemy, ¿e nasza mowa
jest dla nas czymœ bardzo wa¿nym. Czujemy wiêŸ z tym
godaniem,
które kojarzy siê nam z domem, z rodzinš, ze wszystkim co
swojskie, z godaniem, które jest tak bardzo nasze, jak to tylko
jest mo¿liwe. I wszystkich nas boli, ¿e ta mowa zanika,
„wycofuje
siê”. Niektórzy z nas ten ból próbujš
t³amsiæ
w sobie, inni otwarcie manifestujš bunt. I wychodzi ten ¿al z
nas
w ró¿nych sytuacjach i przemienia siê w
agresjê,
w pretensje do siebie nawzajem, do sšsiadów, do œwiata, do
historii,
która zmiata z powierzchni ziemi to, co dla nas drogie.
Myœlê,
¿e jeœli nasza to¿samoœæ, nasz jêzyk
by³yby
nale¿ycie zabezpieczone, te ¿ale i pretensje
uleg³yby
wyciszeniu.
I w³aœnie ta nasza têsknota za byciem sobš, nasze
dš¿enie
do tego, ¿eby trwaæ, jest wystarczajšcš motywacjš,
¿eby
siê tego zadania podjšæ. Nie potrzebujemy uzasadnienia
ekonomicznego,
historycznego, nie musimy mówiæ o narodzie ani o
niepodleg³oœci,
nie ma w tym ¿adnej polityki. Wystarczy, ¿e tego mocno
chcemy
i ¿e nie ma w tym nic z³ego. No bo có¿
mo¿e
byæ z³ego w tym, ¿e chcemy mówiæ i
pisaæ
piêknie po naszymu. Czy to mo¿e szkodziæ
Rzeczypospolitej,
czy to mo¿e zagra¿aæ Polakom, Europie, œwiatu?
Komu¿
prócz samego diab³a mo¿e szkodziæ
dš¿enie
do piêkna, porzšdku i harmonii?
Istnienie poœród ogó³u spo³ecznoœci o
w³asnej,
ró¿nej od przyjêtej przez wiêkszoœæ
tradycji,
kulturze, o innym jêzyku jest jakby oglšdaniem œwiata z innego
punktu
widzenia. Dopiero jako spo³ecznoœæ wieloetniczna
mo¿emy
postrzegaæ rzeczywistoœæ w ca³ym jej bogactwie i we
wszystkich
wymiarach. Prawdziwym niebezpieczeñstwem dla Polski jest
p³ytka
mono-kultura, która, jak pokazuje doœwiadczenie, w
krótkim
czasie prowadzi do pustyni. Naszej zakorzenionej w tej ziemi od
pó³torej
tysišclecia etnicznoœci nie zastšpi importowanie z Afryki kilku
Murzynów,
nawet jeœli ci Murzyni strzelajš gole w ka¿dym meczu.
Joozek Kulisz,
Politehnika Gliwicko