WCZASY... WCZASY...


Tak dużo się godało i czytało we wszystkich gazeciskach ło wczasach, ba, nawet jakiś konkurs łogłosili na nojlepszy list z wczasów ( piyrwszo nagroda - meter krakowskiej...), żech se zarozki pomyśloł: Musisz se tyz, braciszku, na te wczasy, czyli inaczej odsapkę, pojechać, kiej tak namowiajom, no i co ci się tyż noleży. Ale to, bratowie, nie takie proste, jak spucować micha żuru ze szpyrkami... Mom bardzo zazdrosno żona, tóż zanimech jej wytłumaczył, że żony i dziecka nie mogom z chłopami jechać, a to skuli tego, ażeby se człowiek pracy móg od wszelkiej pracy, tak zarobkowej jako i domowej łodpocząć. Zanim mi się udało jom przekonać, toch wom się tak zmęczył, że mi te wczasy już pieronem były potrzebne. Przyjechołech wreszcie w góry i aż mnie zatkało. Bo pomyslcie, pracować pod ziemiom w mroku, bz słońca i naroz znojść się nogle wysoko w górach, w zieleni, w słoneczku, to tak, bracie, jak byś się do nieba dostoł... Rano, zamiast cie baba ścigać wołaniem z łóżka: - Wstowej ty lyniu, zarozki pięć na zygorze, zaś szychta zmitrężysz... - to za drzwiami woło jakiś słodziuśki głosik: - Panie Śtuchlik, czy pójdzie pan z nami na Klimczok? Łobliznółech się i padom: - Toć! Razym byda gotowy. A po tym se myśla: - Ej, dzióbecku, jakby nos tak terozki moja staro słyszała, tobychmy już tego Klimczoka nie łoglądali... Dobrze se człek pojod i leżoł na werandzie ( z tom werandom też wiecie musiołech mojej przysięgać, że to nie jest żadne nowe miano...) i dziwołech się w to modre niebo i grzoł się na słoneczku i mysloł: - Ej, ty wągliczku roztomiły, twardyś jak pieron, ale tyż grzejesz jak to słoneczko i byłeś kiejsik drzewem i szumiołeś lasem. I tak mi się ciepło zrobiło na sercu, boch czuł, że świat górnika to nie jeno podziemie kopalni, ale także góry i lasy. Była nas sporo gromada na tych wczasach i było nom jak w raju. Robilichmy se wycieczki i śpiewali i do słońca wyciągali spracowane ręce i prostowali grzbiety. Zaś wieczorem przed udaniem się na spoczynek, tochmy se gwarzyli, albo też wyśpiewywali nasze piekne śląskie pieśni, niczym nasi praojcowie, kiedy jeszcze na roli pracowali. Toc po cichu wam powiem, że były tyż i takie wczasowicze... ło kierych tylko gorzoła i dancik... Jak porzomni już spali, to te strupy z knajpy wyłaziły i takie robili larmo, że wszystkich budzili. No, ale takim tochmy takie zagrali "bugi-ługi" - że musieli ło przedłużenie swoich wczasów prosić. Pieknie było, wiecie, ino terozki staro nie dowo mi spokoju, porząd mi cosik wymowio: - Ty, coś to zaś dzisiok we śnie wołoł jakoś panna Zośka? Ino się przyznej, ty stary cygonie? - I tak porząd, że se już nie wiem rady...
( Stanisław Ligoń "Bery i bojki śląskie" )