Górny Śląsk - Oberschlesien / Wyszukane aspekty (c) Bruno Nieszporek

Dyskusja na temat wygnań

Na łamach dziennika "Frankfurter Allgemeine Zeitung" prowadzone są często pod rubryką "listy do wydawcy" ciekawe dyskusje czytelników, przy której lekturze ma się wrażenie, że dziennik ten - może jako ostatni w Niemczech - dopuszcza do wzniecenia dyskusji na tematy, które przez wiele innych gazet są tabuizowane. To powszechne podporządkowywanie się wymogom "political correctness" (polityczna poprawność) dowodzi siły i wpływu tego antydemokratycznego ducha dzisiejszych czasów, któremu (znowu) uległy szerokie masy niemieckich polityków i publicystów. Prąd ten zrodził się w USA w wyniku walki o równouprawnienie. Ta polityczno-publicystyczna ideologia ograniczania wolności słowa oddziaływuje na społeczeństwo poprzez wytwarzanie na polityków i ludzi pióra moralnego nacisku i połączonego z nim nacisku ekonomicznego. W odniesieniu do Niemiec oznacza to, że ugrupowaniu politycznej lewicy (które od czasów Willi Brandta dominuje niemieckie media) udało się przeforsować mniemanie, jakoby każde tematyzowanie powojennego losu ludności niemieckiego wschodu, w tym Śląska, było niegodne "prawdziwego demokraty", bo popularyzowanie prawdy na ten temat służy jedynie ugrupowaniom prawicowym, które w pojęciu lewicy z zasady są "antydemokratyczne". Za to podmiotem publicystycznych dyskusji powinno być nieustanne omawianie tragedii losu ludności okupowanej Polski, a szczególnie mordu narodowych socjalistów na Żydach (przy czym powszechnie nie używa się historycznie poprawnej nazwy "narodowi socjaliści, a jedynie niejasnego skrótu "nazi"). I faktycznie o losie Żydów wszędzie dużo słychać, za to a losach ludności Śląska, - poza sporadycznymi wyjątkami - panuje ogólna cisza. Political correctness oddziaływuje więc na zasadzie moralnej samocenzury, bo kto z publicystów może sobie na to pozwolić, aby w sieci lewicowych medii nazwano go "spornym" (umstritten), jako że wspomina o przestępstwach dokonanych na Ślązakach, przez co potwierdza, że niby (po cichu) sympatyzuje z "antydemokratyczną" prawicą. Moralność ukryta pod płaszczem ducha "political correctness" nie traktuje przykazania "nie zabijaj" jako jednoznacznej i każdego na równi obowiązującej nadrzędnej zasady etycznej.

Jedną z interesujących wymian poglądów na łamach "FAZ" zainicjował artykuł "Wezwanie do mordu - wypędzenia i ich świadkowie", który omawiał między innymi sprawę biernej postawy Zachodu wobec dokonywanych na oczach świata zbrodni na terenie Bośni i Hercegowiny, oraz historycznych analogii tej tragedii. Poniżej przedstawiam kilka listów czytelników, które poświadczą kontrowersyjnośc wywołanej przez ten artykuł dyskusji. Listy te zawierają liczne podstawowe informacje o okolicznościach powojennego przesunięcia granic Polski i Niemiec i wpływu tych zmian terytorialnych na bieg aktualnych wydarzeń na obszarze byłej Jugosławii. Pomimo zapoznania już czytelnika Jaskółki z zagadnieniem masowych wygnań i przesunięcia granic, sądzę, że warto zapoznać się z poniżej podanymi poglądami znawców tego tematu.

Pierwszą tu przedstawianą reakcją na artykuł "Wezwanie do mordu" był list prof. Josefa Joachima Menzel, który ukazał się w "FAZ" 9.9.1995 pod tytuem: "Odwołana prośba polskich biskupów o przebaczenie z roku 1965". Prof. Menzel zajmuje się na uniwersytcie w Mainz historią Śląska, z pochodzenia jest Ślązakiem, po wojnie wypędzony został z rodzinnego Neustadt, dzisiejszego Prudnika. Oto obszerne fragmenty tego listu:

"... Pozostańmy przy czystych faktach: Ani chrzesciańska jak i humanistyczna etyka, ani prawo międzynarodowe nie zna pojęcia winy zbiorowej. Dlatego też bezsporne przestępstwa narodowych socjalistów nie mogą stanowić usprawiedliwienia ciężkich naruszeń praw człowieka oraz prowadzących do zagłady ludności masowych wygnań osobiście niewinnych Niemców z terenów wschodnich Niemiec, przeprowadzonych przez zwycięzców w latach 1945/46. Na ten temat tak wyraził się angielski filozof Bertrand Russel 23.10.1945 w londyńskiej Times:

'Na terenie wschodniej Europy nasi sojusznicy przeprowadzają teraz masowe deportacje w dotąd niespotykanym wymiarze. Bezsprzecznie widać zamiar likwidacji wielu milionów Niemców, nie gazem, lecz przez to, że odbiera się im mieszkania, pożywienie i pozostawia się ich na pastwę długiej i bolesnej śmierć głodowej. To nie jest aktem wojennym, lecz jest częścią świadomej polityki pokojowej. ... W protokole poczdamskim zostało uzgodnione, że wysiedlenie Niemców przeprowadzone zostanie w uregulowany i humanitarny sposób. Jest dobrze znane z publicznych sprawozdań i listów, które otrzymują liczne brytyjskie rodziny od krewnych i przyjaciół służących w armiach na okupowanych terenach, że te warunki nie są uwzględniane przez naszych radzieckich i polskich sojuszników.''

Czy nie muszą czuć się zachęceni dzisiejsi "etniczni wyganiacze" na terenach byłej Jugosławii i usprawiedliwieni przez stosowaną wówczas pokojową politykę? W przeciwieństwie do twierdzenia czytelnika Dr. Wichmann, że Polska i Czechosłowacja (ta przede wszystkim pod wpływem Benesa) była niewinna, państwa te długo przed porozumieniem poczdamskim planowały i przygotowywały wypędzenie Niemców, które też w ostatecznym efekcie przeprowadziły na własną odpowiedzialność. Zachodni alianci, którzy latem 1945 roku obawiali się katastrofy zaopatrzeniowej na terenie ich stref okupacyjnych, wzbraniali się przed tym, ale poparcie Stalina wywierało na nich nacisk, aby to zaaprobować. To jednoznacznie wynika z protokołów konferencji poczdamskiej. Nie poskutkowały nawet starania zachodnich aliantów, aby przynajmniej przeprowadzić będąca w toku akcję dzikiego wypędzania w humanitarny i uregulowany sposób.

Powtarzające się w czasie obrad konferencji poczdamskiej próby Churchilla w celu ograniczenia przesadnych żądań Polski, nie powiodły się. Churchill (zgodnie z protokołem konferencji): 'Porozumieliśmy się, że Polska za stracone tereny na wschód od linii Curzona zostanie odszkodowana na koszt Niemiec. Jednak jedno musi wyrównać drugie. Teraz Polska żąda znacznie więcej, aniżeli oddaje na wschodzie. Nie jestem zdania, że to służy sprawie Europy. Jeżeli trzy lub cztery miliony Polaków przesiedlonych zostanie z terenów na wschód od linii Curzona, to powinno się przesiedlić trzy lub cztery miliony Niemców na zachód, aby ustąpili Polakom miejsca. Przesiedlenie teraz już ośmiu milionów ludzi, jest sprawa, którą nie mogę poprzeć. Kompensata powinna odpowiadać stratom, w innym przypadku nie będzie to nawet dobre dla samych Polaków.'

Z pomocą Stalina Polska samowolnie przekroczyła nawet w okolicach Szczecina linię Odry i Nysy, która określona została w porozumieniu poczdamskim za przejściowo granicę polskiego terytorium administracyjnego, i dodatkowo wypędziła setki tysięcy Szczeciniaków. W odniesieniu do polskich terenów na wschód linii Curzona należy dodać, że tereny te Polska odebrała po pierwszej wojnie światowej osłabionemu przez rewolucję Związkowi Radzieckiemu w efekcie wojny podbojowej (1921), pomimo tego, że Polacy zawsze stanowili na tych teranach obok Ukraińców i Białorusinów mniejszość narodową. Do zakwaterowania nie było też jak podaje Churchill trzy do czterech milionów Polaków z terenów wschodnich, lecz w rzeczywistości tylko dwa do 2.5 milionów. Za to w końcowym efekcie dziesięć milionów Niemców musiało ustąpić miejsca głównie przybyszom z Polski centralnej i przybywającej polskiej emigracji, a nie wypędzonym ze wschodu. A co w końcu dotyczy prośby o przebaczenie z listu polskich biskupów z roku 1965, to w kolejnym liście pasterskim polskich biskupów z 10 lutego 1966 roku odczytanym z ambon kościelnych, zostało to określone za nieporozumienie i formalnie odwołane. Polscy biskupi zapytują się w nim, czy

'polski naród ma powód do proszenia swoich sąsiadów o przebaczenie? Z cała pewnością - nie. Jesteśmy przekonani że my jako naród przez wieki nie wyrządziliśmy narodowi niemieckiemu żadnej politycznej, gospodarczej i kulturowej szkody ... Jesteśmy przekonani, że jeżeli tylko jeden jedyny Polak okazałby się za niegodnego człowieka, jeżeli tylko jeden dopuściłby się w przebiegu historii niegodnego czynu, wtedy mielibyśmy powód powiedzieć: przepraszamy, jeżeli chcemy w przyszłości pozostać narodem szlachetnych i wspaniałomyślnych ludzi, najlepszym narodem przyszłości.'

Pojednanie nie uzyska się przez fałuszywe twierdzenia, przemilczanie, wypieranie się lub okazywanie współczucia bez znaczenia, lecz przez prawdomówność i sprawiedliwość, przy czym sprawiedliwość musi zawierać aktywną wolę do naprawy błędu wyrządzonej krzywdy, nieważnie gdzie i w stosunku do kogo."

W kolejnym liście opublikowanym 18.9.1995 na temat powojennego wygnania ludności, wypowiedział się dr Herbert Czaja, Górnoślązak z Bezkid, były długoletni przewodniczący "Związku Wypędzonych z Ziem Rodzinnych". Czaja wskazał na to, że polscy historycy na niedawnej sesji naukowej nadal "z przekonaniem żądali przyjęcia niemieckiej winy zbiorowej i ogólnie poddawali w wątpliwość dobre imię Związku Wypędzonych." Dalej Czaja pisze, że "podstawowe prawo do ziemi rodzinnej, ściśle związane z prawem do samostanowienia i innymi prawami człowieka, nie ulega przedawnieniu. Popierz Pius XII i często Jan Paweł II publicznie bronił przed korpusem dyplomatycznym prawa do ziemi rodzinnej wszystkich narodów. Jan Paweł II oświadczył 11 maja 1984, że wypędzenie, które prowadzi też do zubożenia pozostałej na ziemi rodzinnej ludności, nie jest w żadnym wypadku zakończone aktem przesiedlenia i wymaga dokonania w ramach możliwości rekompensaty. ... Związek Wypędzonych, Związek Górnoślązaków (Landsmannschaft der Oberschlesier), ja sam - do tej pory bez okazania sprzeciwu w polskich czasopismach - wskazywali na drogi prowadzące do stopniowego osiągnięcia pokojowego kompromisu na terenach, które nadają się do tego." Co do kwestii winy polskiej Czaja wskazał na rolę polskiego kościoła, pisząc: "Istnieje potrzeba przeprowadzenia dalszych badań nad tym, jak oddziaływał napisany w 1946 roku w duchu źle zrozumianego mesjanizmu, a opublikowany dopiero 1994 list polskiego kardynała Hlonda, który skierowany był do Rzymu. List ten napisany został po wyrażeniu sprzeciwu przez papierza Piusa XII wobec poczynań Hlonda wobec niemieckich diecezji. Hlond usprawiedliwia w nim wypędzenie Niemców poprzez likwidację 'germańskiej herezji'. ... Przedstawiciel Związku Górnoślązaków, dr Ulitz, przedstawiał od roku 1964 propozycje kompromisowe, a po nim ja, jako jego następca, ciągle na nowo, także przed polskimi organami władzy. Wielokrotnie powtarzałem, że ... należy mówić o przestępstwach dokonanych przez Niemców, jak i na Niemcach. ... Historycznie potrzebny jest solidny kompromis. ..."

Dalej w dyskusji zabrał głos Krzysztof Skubiszewski, były polski minister spraw zagranicznych. Jego list zatytułowany "Potrzebne są nowe perspektywy w stosunku do Polski", opublikowany został 24.10.1995. Przedstawię tu wypowiedź Skubiszewskiego dokonując tylko nieznacznych skrótów:

"W stosunku do listu czytelnika prof. dr Joachima Menzel "Odwołana prośba o przebaczenie polskich biskupów z roku 1965": Winston Churchill, cytowany przez prof. Menzel, mylił się, jak mówił w 1945 roku w Poczdamie: "Teraz Polska żąda znacznie więcej aniżeli oddaje na wschodzie." Mierząc w kilometrach kwadratowych, Polska straciła więcej na wschodzie, l nic też nie "oddała". Tereny wschodnie zostały Polsce odebrane. Także liczba polskiej ludności, która musiała opuścić te tereny, była większa, aniżeli podana w liście prof. Menzel cyfra. Prof. Menzel myli się, jak mówi, że Polska i Czechosłowacja "wygnanie Niemców ... przeprowadziła w końcu na własną odpowiedzialność." Według porozumienia wielkich mocarstw w Poczdamie o wysiedleniu Niemców przemusowe wysiedlenie zostało uregulowane decyzją Rady Kontrolnej z dnia 20.11.1945. W oparciu o tą decyzję wypracowano później porozumienie z urzędami stref okupacyjnych, do których przetransportowano wysiedlonych Niemców. Wojna polsko-sowjecka (1919/1920) była wprawdzie dla Polski zwycięska, ale to nie była wojną podbojową. W traktacie pokojowym w Rydze (1921) Lenin był skłonny oddać nawet więcej terytorium, jak Polacy chcieli odzyskać. Wszystkie te tereny należały do Polski przed rozbiorem tego kraju. Podział Polski był międzynarodowym przestępstwem, jako że likwidował państwową egzystencję narodu.

Prof. Menzel nie ma racji, jak mówi, że Polska "w okolicach Szczecina jeszcze samowolnie przekroczyła linię Odry-Nysy, określoną w porozumieniu poczdamskim za tymczasową granicę polskiego obszaru administracyjnego" i dodatkowo "wypędziła setki tysięcy Szczeciniaków". Po pierwsze, jak Polska przejęła Szczecin, nie było tam żadnych setektysięcy, lecz tylko kilkadziesiąt tysięcy (Niemców). Po drugie, Polska otrzymała Szczecin w Poczdamie w regularny sposób. Już w liście brytyjskiego stałego podsekretarza w ministerstwie spraw zagranicznych, Sir Alexander Cadogan, z dnia 2.11.1944 do polskiego ministra spraw zagranicznych księcia Romera, Wielka Brytania zgodziła się na włączenie Szczecina do Polski. ... Na 11 posiedzeniu plenarnym konferencji poczdamskiej 31.7.1945 Stalin powiedział: "Szczecin jest na polskim terytorium", co potwierdził brytyjski min. spraw zagranicznych Bevin, a amerykańska delegacja potwierdziła to w memorandum na temat wyników tego posiedzenia. ... Nie jest też prawdą, co prof. Menzel pisze o odwołaniu znanego listu polskich biskupów skierowanego do niemieckich biskupów w roku 1965. List ten z jego szlachetnymi, mądrymi i chrześciańskimi słowami ma nadal ważność: "Przebaczamy i prosimy o przebaczenie". Ten list przygotował dzisiejsze pojednanie. Takie stanowisko było także reprezentowane przez rząd Solidarności w Polsce (1989 do 1993) i zostało przyjęte za jego filozofię polityczną. Prof. Menzel pisze o potrzebie polskiego "wyrównania" (Wiedergutmachung). Mam wrażenie, że on zapomina, kto wywołał tą wojnę i kto ją przegrał, l wie prof. Menzel, co on w istocie rzeczy mówi? Chce on więc otworzyć sprawę niemieckich odszkodowań wojennych, a więc sprawę zapłaty przez Niemcy nie miliardów, lecz bilionów DM? W stosunkach pomiędzy Niemcami a ich wschodnimi sąsiadami potrzebujemy całkiem innej perspektywy jak ta, która wypływa z wypowiedzi prof. Mencel. Potrzebne nam jest zrozumienie, przebaczenie i poszukiwanie wspólnej przyszłości."

List Skubiszewskiego wywołał silną reakcję wielu czytelników dziennika "Frankfurter Allgemeine Zeitung". Już 28.10.1995 przedrukowany został list dr Herberta Hupka, raciborzanina i przewodniczącego Związku Ślązaków (Landsmannschaft Schlesien). Oto treść tego listu:

"List byłego polskiego ministra spraw zagranicznych Krzysztofa Skubiszewskiego jest godnym pożałowania dowodem narodowej arogancji i przekonania posiadania racji (nationale Überheblichkeit und Selbstgerechtigkeit). Dużo niesłusznych twierdzeń z tego listu ma pomóc w projekcji błędnego obrazu historii. Skubiszewski jeszcze w funkcji ministra spraw zagranicznych odpowiedział mi w lutym 1990 w Bonn na moje pytanie w sprawie wygnania przemocą Niemców z ich ziem rodzinnych: Od nas Polaków nie można było dłużej wymagać, abyśmy żyli wspólnie z Niemcami. Równocześnie oświadczył on, że tereny na wschód od Odry i Nysy były bezpańskie i puste, przez co Polska, po wezwaniu ją do tego w Poczdamie, musiała te tereny przejąć. Teraz Skubiszewski chce nam wmówić, że odpowiedzialność za wygnanie Niemców ponoszą wyłącznie mocarstwa zwycięzkie, które podpisały protokół poczdamski, jak również że do wypędzenia Niemców doszło dopiero po decyzji Rady Kontrolnej z 20 listopada 1945. Dlaczego jawnie przeczy się temu, co rzeczywiście miało miejsce: "Dzikie" wypędzenia długo przed Poczdamem, samowolne poczynania i operowanie Polaków i Czechów i do tego w okrutny sposób? Oczywiście żaden nie wypowiada zarzutu polskiej lub czeskiej winy zbiorowej, lecz nie można zaprzeczyć, faktowi że w szeregach naszego narodu działali przestępcy, jak również w szeregach innych narodów, przed 1945 i po 1945. Skubiszewski i niektórzy jemu podobni dokonują dużych uproszczeń, obciążając całą winą obradujące w Poczdamie mocarstwa zwyciężkie, a zachowanie własne interpretują jedynie jako wykonanie poprzednio przyjętych ustaleń. Jakby nie ustosunkować się do przyczyn i skutków, wypędzenia pozostają przestępstwem przeciwko prawom człowieka. W sprawie aneksji Szczecina, co podobnie zostało pomniejszone przez Skubiszewskiego, należy zaznaczyć, że przez to przekroczona została określona za linię demarkacyjną Odra, i to miało miejsce po konferencji w Poczdamie, jako że w postanowieniach poczdamskich nie mówi się o przyznaniu pozwolenia na aneksję Szczecina. Właściwie to brzmi cynicznie, jak w związku z tym jest mowa tytko o "kilku dziesiątkach tysięcy" wypędzonych. Każdy wypędzony z ziem rodzinnych, nieważne przez kogo, jest jednym wypędzonym za dużo. Prawdą jest, że terytorium, które Polska musiała oddać na wschód od Sanu i Buga, pod względem obszaru było o 80000 km2 większe, aniżeli obszar na wschód od Odry i Nysy. Ale już Mołotow oświadczył, że nowe przyznane Polsce tereny są ośmiokrotnie bardziej wartościowe jak tereny wschodniej Polski. Do prawdy historycznej należy jednak też to, że Polska po zakończonej zwycięstwem wojnie polsko-sowjeckiej w układzie pokojowym w Rydze (1921) potrafiła zmusić wtedy osłabiony Związkek Radziecki do oddania terenów sięgajcych do 300 km na wschód poza linię Curzona. Ta linia na Bugu i Sanie, która nazwana została wg nazwiska brytyjskiego ministra spraw zagranicznych Lorda Curzon, była pod względem terytorialnie i etnicznym linią zaproponowaną w imieniu międzynarodowej konferencji w Spa, zajmującej się rozważaniem konfliktu polsko-sowieckiego. Polacy stanowili na tych terenach zawsze mniejszość 20 do 25% ludności, o czym Skubiszewski nie wspomina ani słowem w jego uzasadnieniu polskiej ekspansji. Aby przyjąć 1.5 do dwóch milionów polskich wypędzonych z byłych terenów Polski wschodniej, nie było w żadnym wypadku konieczne wygnać dziewięć milionów Niemców. ...

Kto chce zaprzeczać, że Niemcy wspólnie z w końcu zwycięskim Związkiem Radzieckim napadły na Polskę i przez to przyczyniły się do wzniecenia drugiej wojny światowej, i że my, naród niemiecki, przegraliśmy tą drugą wojnę światową? Ale że my dlatego musieliśmy w znaczeniu słów "Vae victis" (biada pokonanemu) zostać wyjęci spod prawa, powinno bez najmniejszych wątpliwośd zostać odrzucone a nie przyjęte za podstawę politycznego działania. "Zrozumienie, wybaczenie i szukanie wspólnej przyszłości" jak pisze Skubiszewski, to słuszne i dobrze sformułowane słowa, lecz to wszystko, co zostało poprzednio przez niego napisane, przeczy tym intencjom. Historii nie wolno przepisać i interpretować według własnego uznania, zrozumienie wymaga aprobaty historycznej prawdy, nawet jeżeli jest to tak gorzkie dla Polaków i Niemców. ... Przyszłości nie można wygrać brakiem pojednania i upieraniem się przy posiadaniu racji. Zarówno Józef Lipski, jak i Władysław Bartoszewski byli wczoraj i są dzisiaj już dużo dalej. Rozchodzi się tu o to, aby Polacy i Niemcy prowadzili dialog jak równy z równym, nawet wtedy, gdy prowadzą kontrowersyjną wymianę zdań."

List Skubiszewskiego sprowokował także prof. dr Alfred de Zayas do udzielenia odpowiedzi. De Zayas, mieszkający obecnie w Genewie, jest bardzo znanym amerykańskim specjalistą prawa międzynarodowego i autorem licznych książek na temat problemu wygnań. W liście przedrukowanym w Frankfurter Allgemeine Zeitung 4.11.1995 de Zayas tak odpowiada na zarzuty Skubiszewskiego:

"Nie można twierdzić, że Churchill mylił się, jak mówił 25.7.1945 w Poczdamie na piątej posiedzeniu plenarnym:

'Odszkodowanie powinno stać w odpowiednim stosunku do straty. Uzyskanie tak dużo nowego terytorium nie uczyni Polsce dobrze. Jeżeli Niemcy już te tereny opuścili, powinno się im pozwolić na nie wrócić. Nie chcemy obcinać dużych mas ludności niemieckiej od ich zaplecza żywnościowego.'

To wyrażało także opinię Trumana i wolę odpowiedzialnych za sformułowanie artykułu XIII protokołu poczdamskiego. Anglicy i Amerykanie wiedzieli dokładnie, jakie odszkodowanie traktować należało za stosowne. Stalin i prowizoryczny rząd polski chcieli jednak znacznie więcej i dlatego nie można było w Poczdamie osiągnąć żadnego uzgodnienia, tak że regulacja terytorialna miała tylko charakter prowizoryczny.

Teza, jakoby polska polityka wypędzeń miała tylko charakter pasywny i odpowiadała życzeniom mocarstw zwycięskich, może łatwo zostać podważona, jako że odpowiadała ona starym polskim ambicjom. Tylko jeden przykład: Szwajcar Cari Jakob Burckhard, Komisarz Ligi Narodów w Gdańsku i późniejszy prezydent Międzynarodowego Czerwonego Krzyża, pisał o swoich rozmowach z polskim min. spraw zagranicznych Beckem 20.8.1938, a więc rok przed wybuchem wojny:

'Beck ... wprowadzić mnie do swoich planów. ... Jest to gra, w której przebiegu ma się nadzieję na najwyższą wygraną dla Polski, wygraną, która wyniknie z końcowej i nie do uniknięcia katastrofy niemieckiej. ... Teraz ma się w Warszawie po cichu nadzieję nie tylko na bezwarunkowo integrację Gdańska do polskiego terytorium państwowego, lecz na dużo więcej, na cafe Prusy Wschodnie, na Śląsk, także na Pomorze. W roku 1933 jeszcze mówiono w Warszawie o polskim Pommerellen (Pomorzu), a teraz mówi się 'nasze Pomorze '.' Co dotyczy liczby, czasu i metody wypędzeń to generał Eisenhower wysłał telegram 18.10.1945 z Berlina do Waszyngtonu następującej treści:

'Na Śląsku polska administracja i jej metody powoduje ucieczkę dużej części ludności niemieckiej... dużo tych, którzy nie potrafią odejść, są internowani w obozach, w których otrzymują niewystarczające racje żywności i w których panuje zfa higiena. Śmiertelność i zachorowania w tych obozach są bardzo (extrem) wysokie. Stosowane przez Polaków metody nie odpowiadają w żadnym stopniu porozumieniu poczdamskiemu. ... Wskaźnik śmiertelności we Wrocławiu wzrost dziesięciokrotnie, donosi się, że wskaźnik umieralność niemowląt osiągnął 75%. Rozprzeszczenia się Tyfus, Fleckfieber, Ruhr i dyfteryt.'

Rada Kontrolna aliantów, ustalając plan czasowy i okoliczności "przesiedlenia", działała więc 20.11.1945 pod presią przeprowadzanych, dzikich wypędzeń. Pomimo tego państwa wypędzające nie trzymały się tego planu.

Skubiszewski ma rację, gdy wskazuje na około 2.5 milionów Polaków, którzy zostali wygnani przez Stalina z terenów na wschód od linii Curzona. Oni zostali także pozbawieni prawa do ziemi rodzinnej. Lecz, aby zrobić tej liczbie 2.5 milionów Polaków miejsce, nie było konieczne wypędzić ponad milion Niemców z Polski (Poznań i inne tereny, które zostały Polsce przyznane w układzie wersalskim) i dalsze dziewięć milionów Niemców z prowincji na wschód od Odry-Nysy. Poza tym Szczecin w artykule IX protokołu poczdamskiego właśnie nie został uznany za teren stojący pod polską administracją państwową, jako że to miasto leży na zachód od Odry. Ten dodatkowy rabunek terytorium (Landraub) odpowiada metodom stalinowskim, przy czym Anglicy i Amerykanie nie mogli nic przeciwko temu uczynić, jako że Szczecin należał do sowieckiej strefy okupacyjnej.

Jako Amerykanin pozwolę sobie na dopowiedzenie, że chociaż zbliżenie i pojednanie pomiędzy sąsiedzkimi narodami, jak Polakami i Niemcami, jest bardzo wskazane i potrzebne, to porozumienie nie może zostać zbudowane na chwiejnych legendach. Do nich należy wygodne twierdzenie polityków i dziennikarzy, jakoby Anglicy i Amerykanie w Poczdamie zarządzili wygnanie. Na ten temat pisał jasne słowa ówczesny amerykański minister spraw zagranicznych Byrnes: 'Porozumienie poczdamskie uznaje tylko, że może zostać przeprowadzone wysiedlenie większych lub mniejszych części ludności Niemieckiej. Co dotyczy nas, chcemy uniknąć wypędzeń bez czynienia różnic i w sposób nieuregulowany. Chcemy uniknąć niepotrzebnych trudności dla ludności niemieckiej i niepotrzebnych obciążeń stref okupacyjnych, które muszą ją przyjąć. Widzieliśmy, że pewne wysiedlenia byty nie do uniknięcia, ale nie mieliśmy w zamiarze inicjować wysiedleń, lub w przypadkach, gdzie inne rozwiązania były praktyczne możliwe, poczynić zobowiązania.'

Rozsądni ludzie akceptują normatywno siłę faktów. To nie oznacza jednak, aby uznanie politycznych realiów uzasadniać historycznymi legendami.

Ciekawszą odpowiedzią na wypowiedź Skubiszewskiego jest także opublikowany 9.11.1995 list Winfried König, apostolskiego wizytatora wiernych pochodzących z diecezji Breslau. Przedstawiam poniżej znaczne fragmenty jego listu:

Jest ciekawe, jak zareagował Kszystof Skubiszewski, były polski minister spraw zagranicznych w swoim liście ... na wsparty kilkoma cytatami apel prof. dr Joachima Menzel o doszukiwanie się prawdy i sprawiedliwość jako podstawę pojednania i pokoju. ... Z całą pewnością byłe tereny wschodniej Polski należały przed jej podziałem do państwa polskiego. Ale jest również słuszne, że zamieszkująca je ludność zawsze była w wyraźnej większości ludnością niepolską. W zgodzie z zasadą samostanowienia narodów, która po pierwszej wojnie światowej zastąpiła prawo dynastycznego panowania, ... tereny na wschód do linii Curzona zostały przyznane na międzynarodowej konferencji w Spa Związkowi Radzieckiemu. Tereny te zostały mu jednak w rezultacie agresywnej wojny oderwane, w przeciwieństwie do reprezentowanej równocześnie przez Polskę w stosunku do Górnego Śląska i Mazur "zasady etnicznej".

Odpowiedzialność Polski za wygnanie Niemców widzieli alianci dużo inaczej aniżeli Skubiszewski; Stalin:

'Wraz z zakończebniem żniw (1945), będą Polacy ich (Niemców) ewakuować. Churchill powiedziat, że jego zdaniem oni nie powinni tego czynić. Stalin odpowiedział, że Polacy nie pytają się o to, lecz robią to, co chcą.' (amerykański protokół konferencji poczdamskiej z 25.7.1945).

Ani w porozumieniu poczdamskim, ani w decyzji Rady Kontrolnej z 20.11.1945 nie jest zawarte skierowane do Polski żądanie czy rozkaz dokonania wypędzenia Niemców, a jedynie pogodzono się z nimi, wprowacdając równocześnie "humanitarne zobowiązania" i czasowe ograniczenia, przez co uznano jedynie fakt, że wypędzenia były od dawna w toku. Powiedziane zostało już przy wielu okazjach, że do wypędzeń doszło długo przed rozpoczęciem konferencji poczdamskiej. Żyją jeszcze świadkowie, którzy zostali nimi dotknięci, przez co ukazują absurdalność twierdzenia byłego polskiego ministra Skubiszewskiego. ... Tu ma się do czynienia z starą próbą usprawiedliwienia własnego niewłaściwego zachowania wskazywaniem na odpowiedzialność innych. ...

W dokumentach towarzyszących porozumieniu polsko-niemieckiemu z roku 1990 zostały określone pytania nadal czekające na wyjaśnienie. Do nich zaliczamy prawo do ziemi rodzinnej i legalne prawo do własności osób dotkniętych wypędzeniami. Na drodze ku wspólnej Europie będziemy musieli uregulować te pytania w oparciu o europejski i międzynarodowy standard prawny. Szczególnie jako chrzescianie jesteśmy zobąwiązani do szukania "zrozumienia, przebaczenia i poszukiwania wspólnej przyszłości". Tego nie można jednak długotrwale uzyskać przez wygłaszanie apeli, rozkazów, lub przez wykluczenie istniejących i nierozwiązanych problemów. Do tego potrzebne jest staranie obu stron, a nie argumentowanie tezami politycznych wpływów. W stosunkach pomiędzy naszymi narodami potrzebujemy rzeczywiście "całkiej innej perspektywy", aniżeli nakreślił ją Skubiszewski w swoim liście.

Tyle treści opublikowanych w FAZ listów czytelników. Szczególną uwagę należy tu zwrócić na to, że zarówno niemieccy, jak amerykańscy, czy nawet polscy przedstawiciele nauki i życia politycznego ograniczają się wyłącznie do przytaczania komunikatów i opinii polityków państw zachodnich. Dlaczego Skubiszewski dla podmurowania poprawności własnych poglądów nie przytoczył cytatów zaczerpniętych z polskich dokumentów, czy ówczesnych polskich stanowisk politycznych? Dlaczego znawca tematu prof. Skubiszewski poddaje tylko w wątpliwość poprawność liczb przytoczonych przez prof. Menzel, a nie dokonuje ich korektury? Tu widać, jak źle wpływa polska restrykcyjna polityka archiwalna i dalsze ukrywanie ważnych dokumentów państwowych na możliwości argumentacyjne polskich przedstawicieli nauki. Byłoby bardzo interesujące poznać - po 50 latach od czasu zakończenia wojny - inne do dzisiaj zatajone wypowiedzi polskiego ministra Becka z roku 1938 i 1939. Jakie czyniono wtedy w Warszawie plany, kto je koordynował i co miały one na celu? Co stoi napisane jeszcze w dokumentach ukrywanych w zakurzonych polskich archiwach i dlaczego nam Ślązakom nadal nie jest dane poznać całej prawdy o przyczynach i skutkach tragicznych dla Śląska wydarzeń, do których doszło wraz z przelaniem się przez jego tereny w roku 1944/45 frontu wojennego?

Jak ustosunkowno się w dzisiejszej Polsce do istnienia wcześniej przemilczanej grupy polskich wygnańców z ziem wschodnich? Wraz z zmianami politycznymi z końcem lat 80-siątych znikła konieczność tabuizowania okoliczności towarzyszących przesunięciu wschodniej granicy Polski, co umożliwiło ludności pochodzącej z terenów na wschód od Buga publicznie wypowiadać się na temat własnych przeżyć. W tym czasie powstały też związki kresowiaków, wielu odwiedziło swoje rodzinne strony, w księgarniach pojawiły się liczne książki na temat Lwowa czy Wilna. Z końcem września 1995 na terenie górnośląskiego Bytomia odbył się wielki zlot kresowiaków. Po uroczystym przyjęciu w ratuszu miasta Bytomia, uczestnicy tego spodkania mieli okazję uczestniczyć w sympozium obradującym na temat okoliczności wygnań i innych zagadnień związanych z utratą terenów wschodnich. W szczególnie dobrze przez słuchaczy przyjętym referacie historyka Uniwersytetu Jagielońskiego, prof. Stanisława Borkackiego, padły takie sformułowania jak np.: cierpień ludności wschodniej Polski nie da się opisać. Borkacki zaapelował, aby nie porównano więcej twardego losu zgotowanego ludności wschodniej Polski z niedolą zrządzoną Niemcom, ponieważ za jego słami "Niemcy nie mają prawa mówić o wygnaniu", a zamiast tego powinno używać się przy opisie ich przeżyć, takich określeń jak "wydalenie" lub "przesiedlenie". W dalszej części uczestnicy sympozium wypowiedzieli nadzieję doprowadzenia w niedalekiej przyszłości do rewizji polskiej granicy wschodniej, jako że po rozpadzie Związku Radzieckiego granica ta ponownie stała się kwestią do rozpatrzenia. Dążenie do pokojowych zmian polskiej granicy wschodniej powinno stać się stałym elementem polskiej polityki zagranicznej. Uczestnicy zlotu z zadowoleniem przyjęli wystosowany do nich telegram Wałęsy. Prezydent Polski zaznaczył w nim wielkie cierpienia kresowiaków, używając przy tym określenia: "polska golgota wschodu", jak też podziękował za "pionierską" pracę przy zagospodarowaniu ziem zachodnich.

- 1995 -